Zamglony wzrok Josie przesuwa się wzdłuż cienkiej rurki, która wychodzi spod opatrunku na łokciu i ciągnie się aż do plastikowego pojemnika zawieszonego na błyszczącym chromem statywie. Druga z nich wystaje spod bandaża na przedramieniu, biegnąc prosto do lśniącego szpitalną bielą aparatu. Świecący na zielono ekran dokładnie ukazuje rytm bicia jej serca poprzez ostre zygzaki, skaczące od góry do dołu i na odwrót. Ciche pikanie brzęczy jej w uszach, z czasem jednak przyzwyczaja się do niego na tyle, że wtapia się ono w tło szpitalnej sali.
Choć znajduje się tutaj dopiero parę dni – dokładnie dziesięć – to ma wrażenie, jakby spędziła pośród tych czterech, śnieżnobiałych ścian całą wieczność. Denerwuje, a może nawet wręcz frustruje ją cała ta niemoc; nie jest przyzwyczajona do zwykłego leżenia i nic nierobienia. Odkąd poszła na studia jej życie to ciągła bieganina, stres, brak snu i nadmierna ilość kofeiny, byle tylko zabić gromadzące się w jej ciele zmęczenie. A teraz dosłownie świruje, z dnia na dzień coraz bardziej, licząc na to, że lekarze wreszcie się nad nią zlitują i wypiszą ją tydzień wcześniej. Według wyników z jej sercem jest przecież coraz lepiej, więc po co ma zbędnie zajmować łóżko, które może przydać się komuś innemu, z poważniejszym problemem?
W głowie zaczęła nawet notować takie rzeczy jak to, o której godzinie ktoś przyszedł do niej w odwiedziny; wszystko po to, aby zająć czymś myśli i nie zwariować jeszcze bardziej. Z samego rana wpada do niej Sebastian, podczas gdy Frank zajmuje jego miejsce w Perlman's na te dwie godziny. Betty wraz z Adą przychodzą późnym popołudniem, przynosząc ze sobą ponadprogramową liczbę owoców i słodyczy, które potem Josie umiejętnie rozdaje pielęgniarkom i sąsiadom z pokojów obok. Gościła tutaj nawet Thora i Visiona, ku swojemu własnemu zdziwieniu. Dwa razy wpadł do niej również Stephen, chcąc upewnić się, czy wszystko jest w porządku, a potem poinformował ją, że jest w naprawdę dobrych rękach – od jednej z salowych dowiedziała się, że Strange pracował w tym szpitalu przed swoim wypadkiem. Ani razu jednak nie pojawił się tutaj Tony, co w sumie nie powinno jej dziwić, ale mimo to sprawia, że czuje się w pewien sposób odrzucona.
Dlatego, kiedy późnym wieczorem, praktycznie już po godzinach wyznaczonych na wizyty, w drzwiach jej sali pojawia się Stark we własnej osobie, Josephine nie potrafi uwierzyć własnym oczom. Mruga kilkukrotnie, po czym szczypie się w zewnętrzną część dłoni, aby upewnić się, że to nie sen lub jakieś halucynacje. Sylwetka mężczyzny tonie w słabym świetle nocnej lampki ustawionej na stoliku przy ścianie, gdy zamyka on za sobą drzwi i podchodzi bliżej.
– Tony... – szepcze Harper nieco zachrypniętym głosem. – Co ty tutaj robisz?
Stark splata dłonie za plecami, usilnie unikając wzroku kobiety.
– Przyjechałem sprawdzić, jak się czujesz – odpiera pośpiesznie.
– Mogłeś zapytać o to Thora lub Adę – zauważa Josie, nie spuszczając wzroku z jego wyraźnie spiętej sylwetki. – Nie musiałeś przyjeżdżać.
Atmosfera panująca w pokoju jest tak gęsta, że dosłownie można rozbijać ją kilofem. Harper czuje, jak ciężko opada ona na jej pierś, sprawiając, że z ledwością jest w stanie wypowiadać kolejne słowa. Tony z kolei walczy ze sobą przez długi czas, aby spojrzeć jej w oczy, ale jest mu tak piekielnie głupio za tamten dzień, za to, do jakiego stanu doprowadził ją przez swoją przeklętą dumę, że ostatecznie tego nie robi. Krąży tylko od jednej ściany, do drugiej, mocniej ściskając splecione dłonie.
– A może po prostu chciałem cię zobaczyć?
Harper na początku ma wrażenie, jakby się przesłyszała. Musi minąć chwila, zanim finalnie udaje jej się przetworzyć tę informację. W końcu wydusza z siebie:
CZYTASZ
mercy ∆ avengers
FanfictionKiedy w drzwiach siedziby Avengers stają Thor, Bruce i... Loki, Tony może szczerze przyznać, że tego zdecydowanie się nie spodziewał. Nawet w najśmielszych snach. Niemniej jednak faktem jest, że trójka zagubionych wędrowców trafia z powrotem do Nowe...
