36. I'LL BE YOURS

276 35 5
                                        

– Całkiem nieźle, naprawdę! – Pełne dumy oklaski rozlegają się w niewielkiej sali treningowej. Ze skupieniem malującym się na twarzy, Strange przygląda się Josephine wodnistymi oczami. Następnie splata dłonie za plecami, rzucając polecenie. – Spróbuj jeszcze raz. Twoja energia jest odrobinę niestabilna, dlatego portale zapadają się po paru sekundach. Nie uciekaj myślami, skup się wyłącznie na swoim zadaniu, okej?

– W porządku – odpiera Harper, ciężko dysząc. Musi przyznać, że szkolenia Stephena są momentami skrajnie wycieńczające, szczególnie dla jej umysłu. Ale ważne jest to, że po wielu latach ciężkich prób w końcu zaczęła odnosić sukcesy; niewielkie, owszem, ale lepsze to, niż nic. – Może jednak nie jestem żadnym straconym przypadkiem – dodaje ze śmiechem.

– Nie jesteś – potwierdza czarodziej. Unosi wzrok, tak, aby mieć lepszy widok na hipotetyczny portal. Josie, ku jego uciesze, zaczęła robić ogromne postępy od czasu ich pierwszych treningów. I nie obchodzi go fakt, że zajęło jej to kilka dobrych lat. Ważne, że wreszcie udało im się wspólnie czegoś dokonać, a teraz to tylko kwestia czasu, jak umiejętności Harper wejdą na wyższy poziom. – Po prostu potrzebowałaś więcej treningów niż inni, ale to nic złego.

– Jezu, Sebastian posika się z wrażenia, jak zobaczy, co potrafię – rzuca kobieta, chichocząc pod nosem. Jest wniebowzięta faktem, że jej drobne, piegowate dłonie potrafią zdziałać takie cuda. No okej, może nie tak wielkie, jak te autorstwa Stephena, ale to nadal wiele, jak na zwykłą dziewczynę z Queens, która nawet o czymś takim nie śniła. A już na pewno nie wierzyła w istnienie magii. – Betty zresztą też.

– Najpierw naucz się stabilizacji energii, a dopiero później będziesz mogła myśleć o szpanowaniu przed światem. No, do dzieła!

Przez ostatni rok dużo zmieniło się między Josephine a Stephenem, choć w gruncie rzeczy nie nastąpiło między nimi coś szczególnie przełomowego. Wszystko po prostu zaczęło płynąć, z dnia na dzień, począwszy od tamtej nocy sprzed kilkunastu miesięcy, po której Harper obudziła się obejmowana przez Strange'a, w jego łóżku, wypoczęta jak nigdy wcześniej. Szczerość tamtej rozmowy przeniosła ich na całkiem inny etap, a wspólna praca i treningi, w których trakcie kobieta zaczęła odnosić małe sukcesy, zbliżyły ich do siebie jeszcze bardziej. I może dlatego Sam lubi śmiać się pod nosem, że nie zobaczysz jednego bez drugiego, jakby Josie i Stephen byli połączeni niewidzialnym łańcuchem. Albo sekretem, myśli wtedy Loki, przysłuchując się Wilsonowi z drugiego końca salonu.

Harper stała się o wiele bardziej otwarta względem czarodzieja; dotychczas chowała się za wielką tarczą utkaną z niepewności i strachu przed rozczarowaniem, jaką podarowały jej wariacje ze Starkiem. Teraz jednak poczuła się o wiele pewniej, wiedząc, że może liczyć na Stephena i może mu stuprocentowo ufać. I chociaż nie sądziła, że to jest w ogóle możliwe, szczególnie w takich okolicznościach, to nie zmienia to faktu, że polubiła Strange'a o wiele bardziej niż by sobie tego życzyła. Ale świat nauczył ją, że nie powinna wymagać, nie powinna robić sobie nadziei, dlatego zwyczajnie przemilcza kwestię swoich chaotycznych uczuć do mężczyzny. Szczególnie że po powrocie do Nowego Jorku, wszystko to, co oboje tutaj dzielą, prawdopodobnie w tamtym świecie stanie się całkowicie nieistotne.

– Więcej z siebie dzisiaj nie wykrzeszę – oznajmia Harper przez zaciśnięte zęby, wyrzucając z siebie resztki energii. Chciałaby dać Strange'owi kolejny powód do dumy, ale teraz niestety nie jest już w stanie tego dokonać. Musi zachować siły na resztę dnia, bo w innym wypadku po prostu zamknie się w sypialni i pójdzie spać, na co nie może sobie pozwolić, bo ma za dużo obowiązków, żeby je tak zwyczajnie zignorować. – Przepraszam.

– I tak zrobiłaś spore postępy – zauważa czarodziej. Zabiera z wypastowanej podłogi butelkę z wodą i podaje ją kobiecie. – Odpocznij, a jutro do tego wrócimy.

mercy ∆ avengersOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz