— Cholera i co tu teraz z tobą zrobić? — odezwał się Mark.
Siedziałam w dalszym ciągu wtulona w Davida, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, a on pocierał moje plecy.
— Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! — wrzasnął. Przestraszona jego reakcją, odwróciłam głowę w jego stronę, ale złapałam za rękę Davida, żeby czuć się odrobinę pewniej.
— I tak jestem dla ciebie miły i to tylko ze względu na mojego brata, więc przynajmniej okaż mi jakikolwiek szacunek! A teraz odpowiadaj na moje pytania! — rozkazał. — Czy wiesz, kim jestem? — zapytał mnie. Pokiwałam tylko głową. — Masz mi odpowiadać, a nie wykonywać gesty!
— Tak — odpowiedziałam mu.
— A więc kim? — patrzył mi prosto w oczy.
— Jesteś... — zawahałam się — gangsterem...
— Świetnie! A wiesz, co moi ludzie robili w twoim domu?
— Pobili mojego brata. — Skrzywiłam się na to wspomnienie.
— A powiesz mi dlaczego? — Opuściłam wzrok i nie odpowiedziałam mu.
Do moich oczu zaczynały napływać łzy, ścisnęłam mocniej dłoń mojego kolegi, a on zaczął ją głaskać. Mark złapał mocno mój podbródek, zmuszając mnie, bym znowu na niego spojrzała. Jego palce wbijały się w moją skórę. Przybliżył swoją twarz do mojej, dzieliło je zaledwie kilka centymetrów. Jego spojrzenie było mroczne.
— Powiedz! — W dalszym ciągu trzymał mój podbródek.
— Bo miał ci oddać kasę... — odpowiedziałam mu, przełykając łzy.
— Okay, a powiedz mi jeszcze ślicznotko, co powiedziałaś psiarni, hmm?
— Nie było żadnej psiarni... — odpowiedziałam mu zgodnie z prawdą.
— Nie było? — Przeniósł na chwilę wzrok ze mnie na swoich ludzi. — A ja słyszałem, że była — znowu na mnie spojrzał.
— Ja... Ja... — zaczęłam się jąkać.
— Ty co? — zacisnął mocniej palce na mojej brodzie.
— Ja kłamałam! — wyrzuciłam z siebie i wybuchłam głośnym płaczem.
Nie potrafiłam już tego powstrzymać. Zbyt wiele emocji się we mnie kotłowało. Strach, niepewność, żal. A ból, który sprawiał Mark mojemu podbródkowi, stawał się nieznośny.
— A moi ludzie w takim razie mieli omamy słuchowe? — zapytał, zupełnie ignorując mój szloch.
— Błagam! To boli! — Nie mogłam już wytrzymać bólu. Mark poluzował lekko swój uchwyt.
— Teraz odpowiedz! — zbliżył jeszcze bardziej swoją twarz do mojej, tak że czubki naszych nosów prawie się stykały.
— To był przypadek — wyłkałam — to był naprawdę przypadek. Ten radiowóz nie jechał do nas! — Znowu zaniosłam się szlochem. Mark puścił mój podbródek i odwrócił się w stronę Adriena i Charliego.
— Idioci! Pierdoleni idioci! — wywrzeszczał do nich, a ja znowu wtuliłam się w Davida, bo nie potrafiłam przestać płakać. Gibson uderzył pięścią w stół, a następnie wziął jeden z kieliszków i wypił jego zawartość, a zaraz po nim kolejny.
— Cii, spokojnie malutka. Nie płacz. On ci nie zrobi krzywdy. Obiecuję — David wyszeptał mi do ucha, jednocześnie głaszcząc mnie po głowie.
— Julia! Ja jeszcze z tobą nie skończyłem! — Usłyszałam głos Mark'a.
— Kurwa Mark daj jej chwilę, nie widzisz, że się cała trzęsie — odezwał się David.
— To niech się trzęsie! Bardzo dobrze, że się boi, bo powinna! Dobrze wiesz, że i tak traktuje ją łagodnie — odparł. — No już! Odklej się od niego i odwróć się w moją stronę ! — zażądał.
— Zrób, co ci każe — wyszeptał mi do ucha David. Posłuchałam go i odwróciłam się przodem do jego brata. Jednak tak jak poprzednio, trzymałam za rękę mojego kolegę.
— Przestań ryczeć, bo mogę ci dopiero dać powód do płaczu! — warknął do mnie. A ja zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, żeby opanować łzy.
— No więc dobra — zaczął mówić, w tym czasie nalewając whisky do dwóch szklanek. — Czy twój braciszek powiedział ci, jak to się stało, że ma u mnie dług? — zapytał.
— Tak — odpowiedziałam mu. Sięgnął po cole, którą dolał do szklanek i podsunął mi jedną z nich.
— Pij! — Powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. Podniosłam szklankę, a nie było to łatwe, ponieważ moja ręka niemiłosiernie się trzęsła i wzięłam łyk napoju. — I słuchaj mnie uważnie, bo chcę ci wytłumaczyć obecną sytuację twojej rodziny.
— Tylko zrób to w skrócie, bo muszę ją odprowadzić zaraz do jej znajomych, nim zaczną jej szukać... — Wtrącił się David. Mark zmroził go wzrokiem, ale kiwnął lekko głowa.
— No dobrze, więc zacznę od konkretów. — Uśmiechnął się do mnie fałszywie. — Najważniejszą informacją na daną chwilę dla ciebie jest to, że od teraz życie twojej rodziny, jest w twoich rękach. — Spojrzał mi przenikliwie w oczy. Po jego słowach starałam się znowu nie rozpłakać.
— A-ale.. A-ale jak to w moich? — wyjąkałam.
— Normalnie — odparł. — Jutro przyjdziemy po ciebie i wytłumaczę ci całą resztę. Na razie idź już sobie, bo nie mam ochoty użerać się z twoimi kolegami.
Odwrócił ode mnie wzrok i wypił do końca zawartość swojej szklanki. Ja siedziałam jak wryta, nie potrafiłam się ruszyć. Co on ma na myśli?
— A i jeszcze jedno — spojrzał na mnie. — Jeśli twoi koledzy dowiedzą się, o czymś, czego nie powinni wiedzieć, osobiście wjebie im kulkę w łeb. Zrozumiano?
— Tak — odpowiedziałam tak cicho, że sama siebie ledwo usłyszałam.
— Zapytałem, czy zrozumiałaś! — warknął Mark. Odchrząknęłam, żeby tym razem mnie usłyszał.
— Tak — odpowiedziałam mu ponownie.
— Świetnie! — krzyknął. — A teraz zejdź mi już z oczu! — Machnął na mnie ręką. — Muszę się zastanowić, co z tobą zrobić i pogadać z tymi kretynami. — Spojrzał na swoich ludzi. A ci spojrzeli na mnie groźnym wzrokiem. Jestem pewna, że gdyby mogli, bez zastanowienia by mnie zabili za to, że zrobiłam z nich idiotów.
— Chodź Julia. — Usłyszałam głos Davida, następnie pociągnął mnie za rękę w stronę wyjścia.
CZYTASZ
Wbrew sobie
AcciónDlaczego jest tak, że za czyjeś błędy, płacić muszą inni? Jej brat zawsze miał dar sprowadzania na siebie kłopotów. Niestety tym razem sprowadził je na całą rodzinę. Tylko ona, 21 letnia Julie może ocalić ich od śmierci... To moje pierwsze opowi...
