39

9.8K 352 4
                                        

Siedziałam razem z tymi dwoma czubami w salonie i oczekiwałam na wielkie przyjście szanownego Gibsona. Kazał nam przyjechać na siedemnastą, a teraz każe na siebie czekać. Jeszcze w obstawie, jakbym miała uciec. Aczkolwiek może, to nie takie głupie. Jestem tak zestresowana tym, co ma się dzisiaj dziać, że już nie mogę wysiedzieć na tym fotelu.

Owszem. Mam ochotę zwiać, jednak zdrowy rozsądek nigdy by mi na to nie pozwolił. Doskonale wiedziałam, że muszę się z tym wszystkim zmierzyć. Po upływie dziesięciu minut usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi wejściowych, zaraz po tym z góry zbiegł Gibson i udał się w kierunku przedpokoju. Poważnie? Siedzę tutaj jak debil i na niego czekam, a on przez cały ten czas był na górze. A jego wspaniała dwójka poinformowała mnie, że nie mają pojęcia, gdzie on jest. Co za zjeby. Inaczej ich się nazwać nie da.

— Dzień dobry. David zaprowadź panią do pokoju, a my zaraz przyjdziemy — dotarły do mnie słowa Mark'a. Panią? Jaką znowu panią? I David? Już myślałam, że zapadł się pod ziemię, bo jeszcze go dzisiaj nie widziałam. A przez sytuacje, jaka miała miejsce w moim niby mieszkaniu zapomniałam, że miałam o niego zapytać.

Po chwili mignął mi obok wejścia do salonu David z jakąś brunetką, ubraną w białą zwiewną sukienkę. Zaraz po nich, ujrzałam Mark'a, który stanął w przejściu, szeroko się uśmiechając. I z czego on się tak cieszy? Z tego, że każe mi tu na siebie czekać?

— Cześć Blanca — powiedział, śmiejąc się przy tym. Spojrzałam na niego zdezorientowana i jednocześnie poirytowana. Czyli to już jest ten moment, w którym mam zapomnieć kim w rzeczywistości jestem? — Nie no, taki żarcik! Póki co, jesteś jeszcze Julią! ­— Adrien i Charlie wybuchli śmiechem. Czy tylko mnie to nie bawi?

On coś pił? Może ćpał? Normalnie, to się na pewno nie zachowuje...

W dalszym ciągu patrzyłam na niego jak na debila. Nie wiedziałam, co mam mu na to powiedzieć.

— Nie no Julia, żartowałem. Wstań i się ze mną przywitaj —  odezwał się po chwili. Z jego twarzy zniknął ten głupi uśmiech i patrzył teraz na mnie z powagą. Skrzyżował ręce na piersi.

Nie podobało mi się, to co powiedział. Dobrze pamiętam, jak kazał mi się ze sobą witać. Nie mogę tego zrobić przy tych dwóch. Spojrzałam z lekkim przerażeniem na niego, a następnie na nich. Nie zareagował na to w żaden sposób. Widząc jego oczekujące spojrzenie, podniosłam się powoli z fotela i przełknęłam rosnącą w moim gardle gulę.

Czułam na sobie spojrzenia całej trójki. Poważnie muszę to robić? Zaczęłam się wlec w stronę Mark'a, który cały czas na mnie patrzył. Widziałam, że chciał wyglądać groźnie, ale kącik jego ust był delikatnie uniesiony, co świadczyło o tym, że w rzeczywistości jak zwykle bawił się moim kosztem. Kiedy byłam już przed nim, czułam jak z nerwów i stresu mój żołądek się skręca.

— Czy oni nie mogliby już sobie pójść? — spytałam go na tyle cicho, żeby te pacany nie mogły mnie usłyszeć, ale sam Gibson tak. Tym razem już nie wytrzymał i pojawił się na jego twarzy uśmiech, z którym tak przez cały czas walczył. Patrzył tak na mnie przez chwilę rozbawiony.

— Jeśli mi obiecasz, że się postarasz to tak — szepnął. Byłam tak skrępowana i zawstydzona tą całą sytuacją, że bez namysłu kiwnęłam mu głową, że tak zrobię.

— Chłopaki! Jesteście już na dzisiaj wolni! Możecie iść! — zawołał do nich, nie odrywając ode mnie wzroku. Usłyszałam za sobą pomruki zawodu. Jednak po chwili dotarły do mnie ich kroki i minęli nas w przejściu. — No to, do dzieła, bo mamy mało czasu — tym razem zwrócił się do mnie, uśmiechając się łobuzersko. Super. Jednak nie chciałam wystawiać jego cierpliwości na próbę.

Wbrew sobieOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz