W tym samym czasie w Wielkiej Sali
~ Lily Evans ~
Stałam wśród uczniów szóstego roku z miną, która mówiła jasno: "Mam lepsze rzeczy do roboty."McGonagall, jak zwykle wyprostowana jak struna, przechadzała się między uczniami z pergaminem w ręku, który jej niedawno przekazałam.
- Proszę o ciszę. - jej głos przeciął zamieszanie jak nóż. - Partnerzy zostali już przypisani. Jeżeli ktoś ma zastrzeżenia… cóż, nie obchodzi mnie to. To tylko taniec, a nie oświadczyny. - kilku uczniów parsknęło śmiechem, ale ja zacisnęłam usta. Już czułam, że coś jest nie tak. McGonagall zaczęła czytać:
- Longbottom i Gilbert. Lupin i McDonald. Evans i Potter...
Zapadła cisza. Taka, w której słychać było przelatującą muchę i pękające złudzenia.
- Co? - wybuchłam. - Przepraszam bardzo… kto?
- Potter - powtórzyła spokojnie McGonagall, nawet nie podnosząc wzroku znad listy. - James Potter.
- To musi być jakiś błąd. - ruszyłam w stronę nauczycielki. - Ja nawet siebie nie wpisywałam. - McGonagall zmrużyła oczy i odsunęła listę tak, bym mogła zobaczyć.
- Zgłoszenia par były dobrowolne. Ktoś was zapisał jako parę… a konkretnie on. - wskazała piórem Pottera, który właśnie nonszalancko opierał się o ścianę i udawał, że nie podsłuchuje. Zmrużyłam oczy i ruszyłam w jego stronę z wyraźną determinacją.
- Jamesie Potterze, czy ty jesteś całkowicie niepoczytalny?!
- Cóż… - uśmiechnął się niewinnie. - Zależy od kontekstu.
- Dlaczego wpisałeś mnie bez pytania?! - zapytałam.
- Bo wiedziałem, że powiesz „nie”, gdybym zapytał - odpowiedział, jakby to była najbardziej logiczna rzecz na świecie. - A tak… niespodzianka!
- Niespodzianka?! Ty... ty egoistyczny, zadufany w sobie… - zamilkłam, bo brakło mi słów. - Myślisz, że wszystko możesz?
- Tylko czasem – odparł, unosząc brew. - Poza tym, myślałem, że może jak zatańczymy razem, to w końcu zauważysz, jaki jestem czarujący.
Westchnęłam głęboko i przez chwilę wyglądałam, jakby rozważała rzut klątwą ogłuszającą.
- Jeśli mi nadepniesz na stopę choć raz, przysięgam, Potter, zamienię cię w ropuchę.
- Czyli... to znaczy, że zatańczymy?
Spojrzałam na niego spode łba, po czym odwróciłam się gwałtownie, rzucając przez ramię:
-Tylko dlatego, że nie mam innego wyboru. Potter uśmiechnął się szeroko i mruknął sam do siebie:
- Zawsze jakiś postęp...
- Ustawić się naprzeciw siebie. - poleciła McGonagall, przerywając nam wymianę pełną pasywnej agresji i mojej jawnej irytacji. Stanęłam naprzeciw Jamesa, z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną, która powinna była go odstraszyć, jeśli miał jakikolwiek instynkt samozachowawczy. Ale nie - Potter wyglądał, jakby właśnie spełniło się jego największe marzenie. I wcale się z tym nie krył.
- Lewa ręka tu - powiedział, chwytając moją dłoń z przesadną ostrożnością, jakbym była królową Anglii, a nie wściekłą Gryfonką, gotową mu tą rękę odgryźć. - Prawa na moje ramię, jeśli łaska. - dodał.
- Jeszcze się zastanawiam, czy nie wolisz mojej pięści w twarz - mruknęłam, ale po chwili, z miną skazańca, ułożyłam rękę tam, gdzie powinnam.
- Cóż, to by była jakaś forma bliskości - odpowiedział z tym swoim idiotycznym uśmiechem. - Ale taniec brzmi mniej bolesnie. Na razie.
Muzyka zaczęła grać – wolna, klasyczna, absolutnie niepasująca do mojego nastroju - a McGonagall zbliżyła się do nas, obserwując ułożenie rąk jak sęp polujący na błędy w postawie.
- Proszę bardziej wyprostować plecy, panno Evans. Nie jest pani w lochach, tylko na zajęciach z tańca. I nie miażdżyć dłoni partnera, to nie jest pojedynek.
Rozluźniłam dłoń niechętnie, ale nie oderwałam od Jamesa wzroku. On tylko uniósł brwi, udając niewinność.
- Wiesz, mógłbym się obrazić za te wszystkie groźby - powiedział cicho, kiedy zaczęliśmy się poruszać w rytm muzyki. - Ale w sumie… to dość romantyczne, jeśli ktoś lubi niebezpieczeństwo.
- Ty naprawdę masz coś z głową - burknęłam, krok za krokiem podążając za ruchem, który narzucał. I, na moje nieszczęście, Potter wcale nie tańczył źle. Właściwie... tańczył naprawdę dobrze. To mnie tylko bardziej irytowało.
- Tego nie wykluczam - przyznał z uśmiechem. - Ale patrz, ani razu ci nie nadepnąłem na stopę. Czyżby to znaczyło, że zasługuję na pocału... znaczy, pochwałę?
Zmrużyłam oczy.
- Uważaj, Potter. Jeszcze jedno słowo i zatańczysz sam, tylko z własną arogancją.
- Ona i tak zawsze przy mnie jest - odparł bezczelnie, a potem dodał szeptem, zaskakująco poważnie. - Ale naprawdę mi zależało, żeby ten taniec był z tobą. Nawet jeśli to miało oznaczać, że przez cały czas będziesz planować moje morderstwo.
Zamrugałam, zaskoczona tym, że przez chwilę nie brzmiał jak kretyn. Ale zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, James wykonał wyjątkowo obrotny krok, zmuszając mnie do obrotu... i zanim wróciłam do pozycji wyjściowej, jego dłoń złapała moją w sposób niemal... delikatny.
- Nieźle - powiedziałam niechętnie, z trudem ukrywając zaskoczenie. - Nie sądziłam, że to kiedykolwiek powiem, ale... potrafisz tańczyć.
- Więcej takich komplementów, Evans, a jeszcze uznam, że mnie lubisz.
- Nie przesadzaj - rzuciłam sucho, ale moje policzki już zaczęły zdradzać zdradziecki rumieniec.
McGonagall zatrzymała muzykę i klasnęła.
- Dobrze. To wystarczy na dziś. Niektórzy z was, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, poradzili sobie całkiem przyzwoicie.
Potter spojrzał na mnie z uśmiechem i nachylił się lekko.
- Czyli... tańczysz ze mną też na tym balu?
- Tylko jeśli poślizgniesz się po własnym ego i znikniesz z Wielkiej Sali. - odpowiedziałam, ale już bez złości, bardziej z czymś, co podejrzanie przypominało... rozbawienie...
James tylko mrugnął do mnie z uśmiechem, a ja - o zgrozo – nie mogłam przestać się zastanawiać, czy naprawdę nie zasługuje czasem na jakąś szansę. Ale tylko czasem. I na pewno nie dzisiaj.
CZYTASZ
Siostra Jamesa Pottera
FanfictionLiv Potter to 15-letnia dziewczyna, która do czasu uczy się w Beauxbatons. Lecz później przenosi się do Hogwartu, gdzie odnawia relacje z bratem i poznaje jego przyjaciół. Czy ich polubi? Czy może się w którymś zakocha? Zobaczcie sami.
