Rozdział 48: Pogaduchy

60 2 0
                                        

Caradoc Deaborn, Caradoc....niezłe z niego ziółko...

~ Liv Potter ~

Tak weszłam do pokoju wspólnego Gryffindoru, po tylu wiekach...
Odnalazłam Lily, siedzącą przy kominku na fotelu i odrabiającą pracę domową na poniedziałek z transmutacji. Też będę musiała się za to zabrać. Kiedy ja nie mam czasu...rozpaczam w duszy.
Podeszłam i usiadłam. Była w towarzystwie Mary i Dorcas.

- Gdzie Ala? - spytałam.
- W dormitorium. - odpowiedziała Dor smutno.
- Dlaczego? - dopytywałam.

Dlaczegóż to Alicja sama siedzi w naszym dormitorium i dlaczego Meadowes powiedziała to tak depresyjne??
Co się działo jak mnie nie było? Litości.

- Pokrótce pokłóciła się z Frankym. - wyjaśniła tym razem Mar, zaplatając sobie warkocza.

- O co poszło?
- Nie wiemy, tylko tyle nam zdołała powiedzieć. - odpowiedziała Lily, nie podnosząc głowy znad książki.
- I zostawiłyście ją tam samą w takim stanie? - nie mogłam dać wiary.
- Wygoniła nas. - to już grubsza afera.
Nie podjęłam dalej tego tematu.

Natomiast zbliżyłam się do Evans i oznajmiłam dumnym głosem.
- Poznałam kogoś.
- Taak, dużo osób dzisiaj poznałaś...- moczy pióro w atramencie.
- W sumie masz rację, poznałam Andiego, Benia, Ann, Hestie, Natalie i Caradoca. - wyliczyłam.
Dużo nowych ludzi poznałam w dniu dzisiejszym. Za dużo. Aż sześć.
- Czekaj. - spojrzała na mnie.
- Poznałaś Andiego? - spytała.
- No tak. A co?
- Jak? - opowiedziałam jej całą sytuację. Zaśmiała się ze mnie, nie mam jej tego za złe, wygłupiłam się.

- Caradoc? Nie znam. - też skróciłam historię z nim, ale to już wszystkim przyjaciółkom, żeby potem nie było żadnych niedomówień.
- Spotkasz się z nim znowu? - dopytują.
- Sama nie wiem, muszę to przemyśleć. Ale niezłe z niego ciacho. - zaśmiały się.
- Rozbrajasz mnie, Liv. - podśmiewała się pod nosem Ruda.

W pewnym momencie zobaczyłyśmy, że Huncwoci idą w naszą stronę.
- Dobry Boże. - zareagowała Lily na to, odkładając swoje wszystkie przybory i chciała uciec w jakiś kąt, lecz jej na to nie pozwoliłam.
- Ja stąd idę. - oznajmiła i wstała.
- Siadaj. - rozkazałam, usiadła spowrotem.

- Hej, Evans, umówisz się ze mną?! - a ten znowu zaczyna.
- Jak piekło zamarznie, Potter, tylko wtedy. - odpowiedziała spokojnie, na razie.
Ten się zaśmiał i usiadł na kanapie przy kominku, natomiast Black na podłodze, opierając się o fotel.

Swoją drogą, to nadal jestem na niego zła, za to, że posłał mnie na taką lodówe, na ten śnieg... jak on śmiał?
Za kogo on się uważa?! Palant.

Z rozmyślań wyrwał mnie głos Rudej:
- Idź się leczyć, Potter. Najlepiej do psychiatryka.

- Odpuść. - powiedział Łapa do brata i przysiadł się na oparciu mojego fotela, zostawiając w oddali kłócących się naszych przyjaciół.

- Co słychać? - pyta.
- Nic, co by cię obchodziło. - mówię chłodno.
- No weź, co ci jest? - śmie zadawać takie pytania.
- Co...mi...jest?! - zdenerwowałam się.
- Zaprowadziłeś mnie na zewnątrz, kiedy jest środek zimy w samej bluzce i na dodatek nie chciałeś ze mną gadać, bo lepsze są panienki i ty pytasz się co mi jest?! - zdenerwowałam się jeszcze gorzej.
- Może trochę przesadziłem, ale...
- Trochę?! - przerwałam mu.
- Na ten moment jestem obrażona na twoją osobę, więc radzę ci się trzymać z daleka. - mówię i wstaję, chcąc wyjść z salonu na korytarz.

Postanowiłam się trochę poprzesadzać w samotności po zamku jeszcze przed ciszą nocną. Jednak nie było mi to dane, ponieważ mój miły kolega za mną wybiegł. Jak gdyby nigdy nic idę sobie dalej, nie odzywając się ani słowem.
Nie wytrzymał długo i mówi:
- Co mam zrobić, żebyś mi wybaczyła?
- Poczekać aż mi przejdzie złość. - mówię stanowczo.
- Nie wytrzymałam tyle. Zaproponuj coś innego.
- Zostaw mnie samą. - poszłam szybkim krokiem dalej, kierując się na błonia, pomimo że jest lodowato i wypominałam Blackowi, że mnie zaciągnął tam, a sama teraz się tam kieruję.

Siostra Jamesa Pottera Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz