Rozdział 94

418 17 0
                                    

Staliśmy właśnie przed ojcem ukochanego, trzymaliśmy się za ręce i składaliśmy sobie nawzajem własne przysięgi ślubne.

- Ja, Robert Blackwell, przysięgam kochać cię, nie tylko do końca tego życia, ale w każdym następnym, po śmierci, a nawet w stanie pomiędzy życiem a śmiercią. Przysięgam chronić cię i nie tylko ciebie, nie dopuścić do smutku i dbać o nasz wspólny dom w sercach i życiu.

Mężczyzna, którego kochałam, zawsze umiał mówić pięknie, oboje kochaliśmy literaturę i widzieliśmy to, co jest zapisane między wierszami, dlatego te słowa znaczyły o wiele więcej niż zostało powiedziane i teraz to właśnie te oczywiste oraz nieoczywiste słowa nadawały sens mojemu życiu. Nie łudziłam się, że moja przysięga będzie równie wzruszająca co jego, ale liczyłam, że Robert ją zrozumie.

- Ja, Rosemary Black, przysięgam miłować cię przez wieki, w każdym możliwym miejscu, wymiarze i czasie. Powodować uśmiech na twojej twarzy i śmiać się razem z tobą. Chronić przed złem i smutkiem. Kiedyś nie wierzyłam w miłość i w szczęście, zadawałam sobie często pytanie, "gdzie jest miłość i czemu nie mogę jej znaleźć?" Teraz znam odpowiedź, miłość jest wszędzie, była, jest i będzie, tak jak ja przysięgam być przy tobie w zdrowiu i w chorobie.

- Robercie Blackwell, czy bierzesz sobie za żonę Rosemary Black? - spytał William.

- Tak.

- Rosemary Black, czy bierzesz sobie za męża Roberta Blackwella? - powtórzył pytanie.

- Tak.

Wsunęliśmy sobie na palce obrączki i patrzyliśmy głęboko w oczy.

- Ogłaszam was mężem i żoną - stwierdził radośnie. - Możesz pocałować Pannę Młodą.

Powoli jego twarz zbliżała się do mojej i w końcu nasze usta się odnalazły.

Gdy powracałam na planetę Ziemię, otaczający mnie świat znów dawał o sobie znać i usłyszałam brawa zgromadzonych gości.

Zaraz po uroczystości zebraliśmy się w kameralnej sali obok, gdzie czekał szampan.

Oczywiście nie dla wszystkich - ja, Sami, Meg i Anna dostałyśmy sok jabłkowy z wiadomych względów.

Odśpiewali nam "Sto lat" i kolejno przychodzili składać życzenia.

Jako pierwsi podeszli do nas świadkowie, najpierw Benjamin z Anną, a po nich Samanta z Pitem, następnie Marie i William, później Meggie, a zaraz po niej dziadkowie Roberta: Katherine i Mateo Blackwellowie oraz Victoria i Nigel Jackson. Ukochany zawiadomił ich o uroczystości wczoraj, byli wściekli, że nic im nie powiedział wcześniej oraz że nie chce wyjawić z kim się żeni. Na szczęście mieszkają w miarę blisko i udało im się przybyć. Rodzice Williama mieszkają w Portland, a Marie w Seattle.

- To jest właśnie moja żona, Rosemary Black.

- Teraz już Blackwell - wtrąciłam się.

Nie zdążyłam się przedstawić, bo gdy jechaliśmy do ratusza, po drodze był wypadek, dwa auta lekko się zderzyły, a korek był ogromny, nawet jak na taką małą miejscowość.

- Bardzo miło cię poznać - wyznała Katherine.

- Mnie państwa również, Robert tyle o was opowiadał i oczywiście w samych superlatywach.

- Niestety nam nic nie wspominał o narzeczonej - dodał Nigel.

- To trochę skomplikowane, nie widzieliśmy się prawie pięć miesięcy i nie mieliśmy kontaktu przez ten czas, a Rose przyjechała dopiero tydzień temu - wytłumaczył mój mąż.

"MĄŻ!"

Jak to cudownie brzmi.

- Ale piękną masz tę żonę, Robercie - stwierdziła Victoria. - Gdzie się poznaliście, na studiach? Czy może też jesteś nauczycielką jak nasz wnuczek?

- Nie - odpowiedziałam i rzuciłam pytające spojrzenie ukochanemu.

- A dlaczego z Samantą nie pijecie szampana? - dopytywał Mateo, nie dając dojść do głosu Robertowi.

- Obie mamy po dziewiętnaście lat - wyjaśniłam.

- Poznaliśmy się w szkole, ale Rosemary była moją uczennicą - i z tą informacją mina starszych ludzi nieco zrzedła.

- Mocno się pośpieszyliście - stwierdziła Katherine. - Nie sądzisz, że jesteś nieco za młoda na małżeństwo? - spytała.

- Nie mieliśmy na co czekać - mąż położył dłoń na mym brzuchu. - Bardzo się kochamy, a za niedługo nasza rodzina się rozrośnie więc...

- Jesteś w ciąży? - spytali wszyscy naraz, a my potwierdziliśmy to skinieniem głowy.

- Ale chyba w pierwszym tygodniu ciężko stwierdzić coś takiego - wyznała Victoria.

"W pierwszym tygodniu?"

Ta suknia chyba naprawdę była genialna skoro nikt nie zauważył mojego brzuszka.

- Uwierz mi babciu... - zaczęła Anna, która postanowiła dołączyć się do nas, zostawiając tym samym swojego męża z moimi przyjaciółmi - ...chciałabym, by Rose była w pierwszym tygodniu ciąży.

- A ty czemu masz taką minę, wnusiu? - spytał Nigel kładąc jej dłoń na brzuchu. - To byłoby fantastyczne doświadczenie gdybyście były obie w ciąży. Mogłabyś dawać tej młodej damie wskazówki.

- Nie oto mi chodzi...

- Anna ma taką minę, bo przegrywa właśnie zakład - wtrącił się ukochany.

- Który zakład? - odezwał się Mateo.

- Ten, które z nas będzie pierwsze miało dziecko - oznajmiła szwagierka.

- Ale to jest nie możliwe, w końcu ty jesteś w czwartym miesiącu ciąży, a u Rose to dopiero początek.

- To tylko pozory, dziadku - wytłumaczyła kobieta. - Rose po prostu wygląda lepiej niż ja, a tak naprawdę jest miesiąc dalej.

- Co? - i znów wszyscy odezwali się chórem, robiąc przy tym wielkie ze zdziwienia oczy.

- Nasze maleństwo zostało poczęte na krótko przed moim wyjazdem - wyznał Robert.

- To jest naprawdę niewiarygodne, że nic po tobie nie widać - wyznała Victoria.

- To zasługa sukienki.

- Drodzy państwo, czas udać się do restauracji - odezwał się donośny głos teścia.

Droga ku przeznaczeniuOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz