Rozdział 115

83 15 42
                                        

Nie powinna być świadoma swoich zachowań w amoku. A może zawsze była, tylko później zapominała? Teraz jednak była tylko obserwatorem, duszą, patrzącą z boku na własne ciało. I była przerażona.

Widziała, jak miota się w walce z bólem. Jak łzy zalewają jej oczy, a źrenice najpierw wydłużają się w pionowe kreski, by później opaść poziomo, jak u kozy. Patrzała, jak jej ręce poruszają się z siłą kogoś zupełnie obcego.

Widziała, jak rzuca się na naukowców. Oni z kolei, z pomocą tego przeklętego pilota, skierowali ją na rodziców. Patrzyła na to wszystko z dziwną, instynktowną pewnością, że zna zakończenie. Wiedziała, że oboje zginą i wiedziała, że brat znienawidzi ją za to do końca życia.

Jej ciało zaatakowało matkę.

Bezsilność i żal przeszyły jej niematerialną powłokę na wskroś.

Wtedy jednak wydarzyło się coś sprzecznego z jej wizją. Pazury ojca odbiły padające z góry światło, a następnie zderzyły się z jej zwierzęcym uchem, tym w którym tkwił, rażący prądem kolczyk. Krew trysnęła. Zrosiła twarz matki, połowę twarzy Kasamii, oraz pazury ojca. Ułamek sekundy później wymierzył kolejny cios – tym razem w głowę. Uderzenie było tak silne, że aż się zatoczyła.

To co stało się dalej, zatarło się w jej umyśle. Świat zakręcił się gwałtownie, a ona wróciła do ciała.

Poczuła chłód kafelek w miejscu, gdzie stykały się z cienkim materiałem spodenek. Jej dłoń instynktownie powędrowała w okolice oka, jeszcze zanim dopadł ją ból.

Przeszywający. Ogromny. Napawający strachem.

Unosząc głowę, spojrzała na swoją rodzinę. Oczekiwała, że otoczą ją opieką i wesprą, zapewniając, że to nie była jej wina. Zamiast tego zobaczyła ojca – spiętego i zdeterminowanego, by osłonić przed nią WN01, matkę – zalaną łzami i drżącą, gdy własnym ciałem odgradzała od Kasamii dwójkę jej rodzeństwa. Emocją, którą dzielili była odraza.

Patrzeli na nią, jak na oszalałe zwierzę. Wygnańca.

Jej serce zamarło. Z każdą chwilą ciszy, która przeciągała się jak tortura, czuła, jak łącząca ich niegdyś więź kruszeje i pęka. A później, gdy ośmieliła się zrobić krok, coś w ich postawie się zmieniło, a lęk przeistoczył się w agresję.

Wyszczerzone kły, spięte ramiona, najeżone ogony, zmarszczone czoła i nosy. Wszyscy wyglądali jak zwierzęta zapędzone w kozi róg.

Kasamia próbowała wstać, lecz świat wokół niej znów zawirował. Straciła równowagę, a potem grunt.

Ktoś mocno uścisnął jej dłoń. Obejrzała się i zrozumiała, że jest prowadzona przez monotonny, niekończący się korytarz. Dłoń, która trzymała jej własną, należała do Lodowca. Jego uścisk był żelazny – zbyt mocny, zbyt rzeczywisty.

Próbowała się wyrwać, zaprzeć nogami i rękami, ale nic to nie dało. naukowiec wciąż ją prowadził. A ona musiała iść.

Na jednej z mijanych ścian wisiało lustro, choć jego obecność tam wydawała się bezcelowa. Zupełnie jakby istniało jedynie po to, żeby tego dnia mogła się w nim przejrzeć.

Miała teraz jedno oko. Drugie zostało niestarannie zszyte, naznaczone dwoma krzyżującymi się bliznami. Jedna była głęboka i długa, druga krzywa, jakby szyta w pośpiechu. Jej strój był poszarpany, plamy krwi i brudu pokrywały zarówno materiał, jak i skórę.

Wyglądała jak wcielenie siedmiu nieszczęść, jak ktoś porzucony na pastwę losu. A jej twarz... była pusta. Kamienna. Zimna. Martwa.

Nie zdążyła dobrze tego przetrawić, bo Lodowiec szarpnął ją naprzód.

Brakujący ElementOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz