Nie powinna być świadoma swoich zachowań w amoku. A może zawsze była, tylko później zapominała? Teraz jednak była tylko obserwatorem, duszą, patrzącą z boku na własne ciało. I była przerażona.
Widziała, jak miota się w walce z bólem. Jak łzy zalewają jej oczy, a źrenice najpierw wydłużają się w pionowe kreski, by później opaść poziomo, jak u kozy. Patrzała, jak jej ręce poruszają się z siłą kogoś zupełnie obcego.
Widziała, jak rzuca się na naukowców. Oni z kolei, z pomocą tego przeklętego pilota, skierowali ją na rodziców. Patrzyła na to wszystko z dziwną, instynktowną pewnością, że zna zakończenie. Wiedziała, że oboje zginą i wiedziała, że brat znienawidzi ją za to do końca życia.
Jej ciało zaatakowało matkę.
Bezsilność i żal przeszyły jej niematerialną powłokę na wskroś.
Wtedy jednak wydarzyło się coś sprzecznego z jej wizją. Pazury ojca odbiły padające z góry światło, a następnie zderzyły się z jej zwierzęcym uchem, tym w którym tkwił, rażący prądem kolczyk. Krew trysnęła. Zrosiła twarz matki, połowę twarzy Kasamii, oraz pazury ojca. Ułamek sekundy później wymierzył kolejny cios – tym razem w głowę. Uderzenie było tak silne, że aż się zatoczyła.
To co stało się dalej, zatarło się w jej umyśle. Świat zakręcił się gwałtownie, a ona wróciła do ciała.
Poczuła chłód kafelek w miejscu, gdzie stykały się z cienkim materiałem spodenek. Jej dłoń instynktownie powędrowała w okolice oka, jeszcze zanim dopadł ją ból.
Przeszywający. Ogromny. Napawający strachem.
Unosząc głowę, spojrzała na swoją rodzinę. Oczekiwała, że otoczą ją opieką i wesprą, zapewniając, że to nie była jej wina. Zamiast tego zobaczyła ojca – spiętego i zdeterminowanego, by osłonić przed nią WN01, matkę – zalaną łzami i drżącą, gdy własnym ciałem odgradzała od Kasamii dwójkę jej rodzeństwa. Emocją, którą dzielili była odraza.
Patrzeli na nią, jak na oszalałe zwierzę. Wygnańca.
Jej serce zamarło. Z każdą chwilą ciszy, która przeciągała się jak tortura, czuła, jak łącząca ich niegdyś więź kruszeje i pęka. A później, gdy ośmieliła się zrobić krok, coś w ich postawie się zmieniło, a lęk przeistoczył się w agresję.
Wyszczerzone kły, spięte ramiona, najeżone ogony, zmarszczone czoła i nosy. Wszyscy wyglądali jak zwierzęta zapędzone w kozi róg.
Kasamia próbowała wstać, lecz świat wokół niej znów zawirował. Straciła równowagę, a potem grunt.
Ktoś mocno uścisnął jej dłoń. Obejrzała się i zrozumiała, że jest prowadzona przez monotonny, niekończący się korytarz. Dłoń, która trzymała jej własną, należała do Lodowca. Jego uścisk był żelazny – zbyt mocny, zbyt rzeczywisty.
Próbowała się wyrwać, zaprzeć nogami i rękami, ale nic to nie dało. naukowiec wciąż ją prowadził. A ona musiała iść.
Na jednej z mijanych ścian wisiało lustro, choć jego obecność tam wydawała się bezcelowa. Zupełnie jakby istniało jedynie po to, żeby tego dnia mogła się w nim przejrzeć.
Miała teraz jedno oko. Drugie zostało niestarannie zszyte, naznaczone dwoma krzyżującymi się bliznami. Jedna była głęboka i długa, druga krzywa, jakby szyta w pośpiechu. Jej strój był poszarpany, plamy krwi i brudu pokrywały zarówno materiał, jak i skórę.
Wyglądała jak wcielenie siedmiu nieszczęść, jak ktoś porzucony na pastwę losu. A jej twarz... była pusta. Kamienna. Zimna. Martwa.
Nie zdążyła dobrze tego przetrawić, bo Lodowiec szarpnął ją naprzód.
CZYTASZ
Brakujący Element
Fantasy"Kiedy noc nastanie nad światem, pełnia zaświeci na niebie, księżyc odbije światło słońca i zadecyduje, kto teraz władze sprawuję. Gdy krew spłynie na jego jasną posturę, zwycięstwo Dympirów przypieczętuje, lecz gdy księżyc biały nastanie, mroku to...
