Dni po skompletowaniu, zidentyfikowaniu i pochówku poległych, opierały się w głównej mierze na pracy; ciężkiej, fizycznej, która spadła na ramiona adeptów, a w szczególności Dympirów.
Co prawda, Kasamia wskrzesiła kilku skamieniałych do pomocy, robiąc to jednak, musiała mieć na uwadze, żeby nie przesadzić. W końcu ci ludzie musieli gdzieś spać i coś jeść.
Żołnierze, którzy przeżyli w większości zostali ranni – potracili kończyny, doznali paraliżu bądź nadal nie odzyskali przytomności. Wszyscy zalegali na podłodze w największym z pokoi, gdzie doglądała ich (padająca z nóg) Lucyna. Żaden przecież nie wyjdzie i nie rzuci się w wir pracy, a głodzić ich przecież nie wypada.
I tak mieli przeogromne szczęście, że Herman Cold i William Agrote mimo swojego stanu, zarządzali całym tym bałaganem, a adeptom zostawiali jedynie doglądanie postępów. Chciałaby móc rzec, że pracowali jak dobrze naoliwiona maszyna, niestety ostatnio zbyt często musiała poganiać obiboków, by przeszło jej to przez gardło.
Przynajmniej Dympirom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Bez ich pomocy, za dusze Żywiołów, nie udałoby im się w tydzień zbudować czteropiętrowego, betonowego szkieletu wielkości centrum handlowego. Bez nich możliwe, że do tej pory nie wyszliby z etapu uprzątnięcia gruzowiska – i to nie tak, że już całe zamietli, bo nie zamietli. Nie byli nawet w żałosnej połowie jednej czwartej miasta.
Po dwóch tygodniach budynek reprezentował już jako-tako, z przymrużeniem oka, wystarczające warunki do zamieszkania (wstawili okna, rzucili na podłogę jakieś stare koce i poduszki). Kasamia zeszła wtedy do katakumb, gdzie wyselekcjonowała i ożywiła tych najlepiej zbudowanych. Resztę chwilowo sobie odpuściła.
Budowa bezsensownego muru mimo wszystko się opłaciła, bo nie musieli marnować czasu na wprowadzanie każdego nowicjusza.
Przydały się także bunkry z zapasami oraz narzędziami na czarną godzinę.
Prace ruszyły z kopyta, ale zapału nie starczyło na długo. Wkrótce zaczęły się kłótnie, a sytuacja pogorszyła się dodatkowo, gdy z pomocą przybyli wyselekcjonowani do pomocy Zwierzozmienni. Jeden dzień w spokoju nie popracowali, a raz doprowadziło to nawet do strajku: ludzi domagających się usunięcia Dympirów albo wręcz przeciwnie, obarczenia ich odpowiedzialnością i zrzucenia na nie odbudowy, nie tylko Niki, ale i innych miast. A mutanci... powiedzmy, że to była jedyna rzecz, co do której zgadzali się z ludźmi. O wszystko inne darli koty.
Ledwie wczoraj robota stanęła na dobre dwie godziny, bo któryś przypadkiem rozlał komuś kawę, a inny położył się tak, że zajął dwa miejsca i jeszcze miał czelność chrapać.
Potrzebowali kogoś na miejscu. Lidera, dowódcy, opiekunki, dyktatora, kogokolwiek, kto da radę ich zjednoczyć!
Herman leżał przykuty do łóżka, a William zmuszony był już do końca życia poruszać się na wózku. Oleandra nie była jeszcze w stanie dowodzić, a Kasamia zbyt szybko się denerwowała. Laurycego nikt nie słuchał, odkąd wyszło, że kiedyś uciekł z pola bitwy. Maryn nie chciał dowodzić, Tina nie miała autorytetu, a Mieczysława siły, by przez cały dzień zapieprzać tam i z powrotem. Promet świetnie sobie radził: miał autorytet, potrafił rozwiązywać konflikty, a robotnicy chętnie się go słuchali. Za to nie potrafił być konsekwentny i, jak sam przyznał, nie czuł się w tej roli za dobrze.
Kasamia nie miała długiej listy kandydatów, a osobiście poznała tylko jedną osobę, która mogłaby zastąpić Prometa.
To właśnie z tego powodu była tutaj, w dawnym domu Prometa, a raczej w ruinach. To miejsce wydawało się szczególnie zniszczone i Kasamia wątpiła, by znaleźli tu figurę Fryderyka w nienaruszonym stanie, dopóki Promet nie zaprowadził jej do schronu. Podziemnego, luksusowego bunkra, który – poza drzwiami – w najmniejszym stopniu nie ucierpiał.
CZYTASZ
Brakujący Element
Fantasy"Kiedy noc nastanie nad światem, pełnia zaświeci na niebie, księżyc odbije światło słońca i zadecyduje, kto teraz władze sprawuję. Gdy krew spłynie na jego jasną posturę, zwycięstwo Dympirów przypieczętuje, lecz gdy księżyc biały nastanie, mroku to...
