Rozdział 10 (II)

4K 466 361
                                        

*Zoe*

Rano od razu, gdy wstałam skierowałam się do kuchni, żeby wypić, jak najszybciej kawę. Miałam dużo do zrobienia przed urodzinami córki, więc musiałam się pośpieszyć, żeby się ze wszystkim wyrobić.

Goście byli zaproszeni na godzinę czwartą, więc z każdą minutą, miałam coraz mniej czasu. Charlotte była u moich rodziców, żebym mogła udekorować dom. Nie chciałam, żeby moja córka się zorientowała, że coś dla niej przygotowałam. To miała być niespodzianka i miałam nadzieję, że udana.

Po wypiciu mocnej kawy, przewiesiłam sobie na szyi różne ozdoby i zaczęłam je rozwieszać po całym mieszkaniu. Różowe dodatki były praktycznie wszędzie i miałam nadzieję, że uda mi się osiągnąć zamierzony cel.

Zdziwiłam się, gdy po pierwszej usłyszałam dzwonek do drzwi. Kilka razy, spojrzałam na zegarek, aby się upewnić czy czasem nie była już odpowiednia godzina, ale nie. Przez chwilę miałam nadzieję, że to James, ale gdy otworzyłam drzwi moje nadzieje opadły.

- Witam sąsiadkę. - Za drzwiami stał Nate, który swoja drogą, nie wiedziałam, co tutaj robił. Myślałam, że dał mi już spokój i będziemy po prostu mówić sobie dzień dobry i tyle, a tutaj niespodzianka.

- Cześć - powiedziałam. - Coś się stało, że przyszedłeś? - zapytałam. Nie zapraszałam go tutaj, dlatego też byłam naprawdę zdziwiona.

- Pomyślałem, że potrzebujesz pomocy. - Ręką wskazał na różowe ozdoby, które wisiały na mojej szyi.

- Dziękuję, dam sobie radę. - Uśmiechnęłam się w jego kierunku. Nie miałam zamiaru nikogo prosić o pomoc, a już na pewno nie upierdliwego sąsiada.

- Nalegam. - Mężczyzna oparł się o framugę drzwi i przyglądał mi się. Nie miałam pojęcia, co chciał tym osiągnąć, ale nie odpowiadało mi jego zachowanie.

- Naprawdę poradzę sobie. - Starałam się przekonać sąsiada do swojego zdania. Był to obcy facet, którego nie miałam zamiaru zapraszać do swojego mieszkania, szczególnie, gdy byłam w nim sama. Kto wie, co mogłoby się zdarzyć. Na dobrą sprawę Nate mógłby się okazać złodziejem albo nawet mordercą. Dziękuję bardzo, mam dla kogo żyć.

- Mam sobie pójść? - zapytał, a ja pokiwałam nieśmiało głową. Nie był mi tutaj potrzebny, wolałam Jamesa. - Dobrze, ale zgodzisz się pójść ze mną na kawę - powiedział z uśmiechem. Nie odpuszczał. - Niedaleko jest kawiarnia i to całkiem niezła - dodał, a ja po chwili zawahania zgodziłam się. Nie miałam innego wyjścia, jeżeli chciałam mieć już spokój.

- Mam twój numer to zadzwonię - stwierdziłam i chciałam zamknąć drzwi, tym samym delikatnie, dając mu do zrozumienia to, że powinien sobie pójść.

- Jasne - zaśmiał się. - Zoe, wszystko w porządku? - zapytał, widząc moje lekkie zachwianie. Znowu się źle poczułam i to nie był pierwszy raz. Na początku myślałam, że to przez ten cały stres związany z Jamesem, ale to już się działo od miesiąca, gdy jeszcze mieszkałam u Warda.

- Tak, zaraz mi przejdzie. - Złapałam się za podbrzusze, a następnie przycisnęłam delikatnie dłoń w obolałe miejsce. - Podziękowałam mu jeszcze za chęć pomocy i zamknęłam za nim drzwi.

W szafce znalazłam jakieś leki przeciwbólowe, które od razu zażyłam. Musiało mi to, jak najszybciej przejść. Nie mogłam swoim stanem zdrowia popsuć urodzin małej.

Po trzydziestu minutach, gdy w końcu tabletka zaczęła działać, mogłam wrócić do pracy. Zapakowałam prezent dla córki, który postawiłam koło krzesła, które było przygotowane dla niej. Całe pokryte z różowego materiału.

Nakryłam stół, który również wpasowywał się w motyw przewodni przyjęcia. Kiedy wszystko już przygotowałam, musiałam wyjść z domu. Parę dni wcześniej zamówiłam tort w kształcie zamku, więc musiałam go odebrać.

Po drodze spotkałam Patricka, który zmierzał już do nas z ogromną urodzinową torbą, w której zapewne był prezent dla mojej córki.

Przywitałam się z mężczyzną i razem poszliśmy odebrać ciasto. Wahałam się czy zapytać się mężczyzny o Jamesa, ale stchórzyłam. Brakowało mi odwagi albo też bałam się usłyszeć tego, co miałby mi do przekazania.

Równo o czwartej przyjechali moi rodzice z Charlotte. Kiedy dziewczynka weszła do ozdobionego mieszkania na chwilę się uśmiechnęła, ale po chwili znowu była smutna. Wiedziałam, że tak będzie.

Przytuliłam ją mocno do siebie, a następnie złożyłam życzenia. Po mnie to samo zrobili moi rodzice oraz Patrick. Najgorsze było to, że nikogo z rodziny Wardów nie było, co tylko pogorszyło stan małej.

Cały czas siedziała, wpatrzona w jeden punkt. Nie otworzyła nawet prezentów, nie interesowały ją, bo chciała tylko Jamesa. Zabiję go, jak spotkam. Nie rozumiałam, jak można było tak zranić małą dziewczynkę, która nie była niczemu winna.

- Tata? - pisnęła Charlotte, zrywając się z krzesła, gdy tylko usłyszała dzwonek do drzwi. Pobiegła za mną i z nadzieją oraz uśmiechem czekała pod drzwiami, aż otworzę.

- Cześć, Char. - Do mieszkania weszła matka Margaret. Moja córka ponownie posmutniała, a ja nie mogłam na nią patrzeć w takim stanie. Miałam ochotę się rozpłakać, jednak musiałam być silna.

- Gdzie tata? - zapytała, od razu. To były jej pierwsze słowa skierowane do matki Jamesa.

- Tata - zaczęła i spojrzała na mnie. - Ma dużo pracy i bardzo chciałby tutaj być, ale nie da rady - powiedziała cicho. Doskonale wiedziałam, że to było kłamstwo. Nie miał zamiaru tutaj przyjechać i pewnie nawet nie było mu przykro. Idiota.

- Nie kocha mnie już - odezwała się moja córka i ze spuszczoną głową poszła w stronę salonu, gdzie siedziała reszta. Nie interesowało ją nic innego niż ten pieprzony Ward.

- Charlotte. - Margaret podeszła do niej, a następnie kucnęła przed nią. - Mam dla ciebie prezent od nas - powiedziała. - Dziadek tez nie mógł przyjechać, bo się źle czuje, ale kazał mi cię bardzo mocno przytulić i wycałować - dodała i uśmiechnęła się, ale dla Charlotte to było za mało. Kiwnęła głową i usiadła na krześle.

- Chodź księżniczko. - Patrick postanowił zainterweniować i zając się dziewczynką, żeby chociaż trochę ją rozweselić. Mężczyzna wziął ją na ręce i zaczął otwierać z nią prezenty. Na samym początku, Char nie była zadowolona, ale po jakimś czasie, delikatny uśmiech, pojawił się na jej twarzy. W końcu.

- To teraz czas na tort. - Weszłam do salonu z ogromnym, piętrowym tortem. Kiedy moja córka stanęła przed nim, żeby pomyśleć życzenie oraz zdmuchnąć świeczki, zrobiłam jej zdjęcie, a nawet kilka. Musiałam to uwiecznić, a nawet dodać na jakiś portal tylko po to, żeby James mógł zobaczyć, co stracił.

~~~

Eve i Nika:*

Find HappinessOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz