*Zoe*
Przyglądałam się Jamesowi, mając nadzieję, że w końcu się otworzy przede mną i powie coś więcej. Jednak, jak na razie to on po prostu siedział i wpatrywał się w kieliszek, który trzymał w dłoniach.
- James. - Przypomniałam o swojej obecności. Jego aktualny stan, a dokładniej zachowanie zaczęło mnie niepokoić. Nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć.
- Nie potrafię ci tego powiedzieć - szepnął cicho, nawet nie fatygując się, aby mnie spojrzeć.
- Spróbuj. - Nie miałam pojęcia, jak go do tego przekonać. Położyłam rękę na jego nodze, chcąc dodać mu jakiegoś wsparcia. - Wiesz, że nigdy cię nie oceniałam - dodałam. Była to prawda, bo nigdy w życiu nie powiedziałam publicznie niczego złego o jego postępowaniu.
- Nie potrafię się się przyznać do tego, że coś zepsułem - westchnął i położył swoją dłoń na mojej, a następnie delikatnie ją głaskał. Wyjątkowo się nie wyrwałam, chcąc zapewnić go o tym, ze jestem z nim i nigdzie się nie wybieram.
- Cokolwiek to by nie było, to nie będę patrzeć na ciebie przez pryzmat tego - powiedziałam. Chciałam go o tym zapewnić, żeby nie miał żadnych wątpliwości.
- Mam problem. - Ponownie powtórzył swoje wcześniejsze słowa. - Chodzę do kasyna - stwierdził i mocniej złapał moją dłoń, jakby bał się, że za chwilę mu ucieknę.
Nie powiem zaskoczyło mnie to i nie miałam pojęcia, jak powinnam zachować się po tym, co usłyszałam z jego ust. Wcześniej nie byłam w takiej sytuacji, ale domyślałam się, że musiało być to coś poważnego skoro sam z siebie mi o tym powiedział.
- Nie patrz tak na mnie. - Był taki bezbronny. Nie pasowało to do niego.
- Niby jak? - zapytałam.
- Z obrzydzeniem - powiedział to, patrząc mi prosto w oczy. Nie wiedziałam, że moje zachowanie czy też mimika uległa zmianie.
- Przepraszam - mruknęłam cicho, przybliżając się do niego.
- Nie wiem, co mam robić - westchnął. - Nie potrafię przestać. - Jego głos się załamał w pewnym momencie, a ja również miałam ochotę się rozpłakać.
- Zapisz się na terapię. - To była jedyna rzecz, która przyszła mi jako pierwsza na myśl. Tylko specjalista mógł mu pomóc, bo ja nie byłam w stanie.
- Jak to będzie wyglądać? Nie mogę sobie na to pozwolić - stwierdził, a mi ręce opadły. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego on wolał zmarnować sobie życie niż zrobić coś w kierunku tego, aby się wyleczyć. Hazard był uzależnieniem, więc sam nie dałby sobie rady bez wplątywania osób trzecich.
- Wolisz wszystko stracić? - zapytałam. - Czasami warto się przyznać do błędu - oznajmiłam. Naprawdę tak uważałam i byłam przekonana, że kto, jak kto, ale James bez problemu pozbędzie się swojego nałogu.
Ward po chwili ciszy, objął mnie ramionami, przytulając do siebie. Położył głowę na moim ramieniu, a prawą dłonią głaskał moje plecy, tak jakbym to ja miała problemy.
- Pomogę ci. - Nie mogłam go zostawić z tym wszystkim samego. Sprawił mi dużo przykrości, ale nie potrafiłam przejść obojętnie, wiedząc, że borykał się z tak poważnym problemem.
- Nie musisz tego robić z litości. - Odsunął się ode mnie odrobinę. Nie wiedziałam, jak miałam go przekonać, że chciałam mu pomóc ze względu na niego, a nie na jakiś inne czynniki.
- Ile to już trwa? - zapytam, chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Może wtedy będzie mi jakoś lepiej to zrozumieć, bo jak na razie to ogromny szok.
- Jakoś od naszego rozwodu. - Wzruszył ramionami. - Nie pamiętam dokładnie, ale jakiś czasu to już trwa - dodał.
- Co ci to daje? - nigdy nie potrafiłam zrozumieć ludzi, którzy byli zafascynowani tego typu rozrywką. Przecież tak łatwo było można wszystko stracić.
- Wiesz na początku była to dobra forma zapomnienia o tym, co działo się w moim życiu. Wolałem tam spędzić czas niż samemu w domu, bo przynajmniej nie myślałem o tobie - powiedział, a ja w jego głosie wyczułam prawdę. Nie kłamał i on faktycznie nie był szczęśliwy po naszym rozwodzie, tak jak myślałam.
- A teraz? - dopytywałam.
- Teraz to po prostu forma rozrywki, relaksu - stwierdził. - Odrobina adrenaliny, którą polubiłem - zaśmiał się.
- Skończ to - powiedziałam stanowczo. - Jeżeli nie jesteś w stanie zrobić tego dla siebie, to zrób to dla Charlotte. - Miałam nadzieję, że to go przekona do leczenia. - Ona potrzebuje ojca. - Musiałam podejść go z innej strony.
- Zawsze będzie mogła na mnie liczyć i to się nie zmieni. - Nie chciałam mu przypominać, jak liczyła na to, że przyjdzie na jej urodziny, a tego nie zrobił. To nie był odpowiedni moment na poruszanie takich tematów.
- I gdzie będzie miała cię szukać? W kasynie? - prychnęłam. On nie zdawał sobie chyba sprawy z powagi sytuacji. Oczekiwał pomocy, ale dokładnie chyba nie rozumiał tego, co się działo dookoła. Myślał, że uda mu się pogodzić kilka rzeczy ze sobą, a to nie było możliwe, bo jednak jego uzależnienie niedługo pochłonie go całego.
- Nie - oznajmił, ale nie wiedział, jaka argumentacja poprzeć swoje słowa. Wydawało mi się, że on doskonale wiedział o tym, że wmawiał mi oraz sobie coś, co było nierealne.
- Tak będzie, dlatego daj sobie pomóc. Zapisz się do psychologa, przecież nikt nie musi wiedzieć z jakiego powodu tam chodzisz. - Starałam się go za wszelka cenę przekonać. Na początku szło to naprawdę opornie, ale po jakimś czasie chyba zaczął rozumieć parę kwestii.
- Pomożesz mi? - zapytał, a w jego głosie mogłam wyczuć nadzieję, dlatego pokiwałam twierdząco głową. - Dziękuję. - Przytulił mnie ponownie do siebie, ale tym razem dużo mocniej.
- Tylko naprawdę musisz tego chcieć i się postarać, bo sama nie dam rady.
- Obiecuję - pocałował mnie w czubek głowy. - Odpowiedz mi na jedno pytanie? - spojrzał mi prosto w oczy, a ja kiwnęłam twierdząco głową. - Dlaczego to robisz skoro cię zraniłem?
- Dlaczego? - przez chwilę myślałam nad odpowiedzią. Wahałam się czy powiedzieć mu prawdę, ale może ona mu pomoże podjąć odpowiednią decyzję. - Bo cię kocham idioto. - W końcu odważyłam się powiedzieć to na głos, chociaż było to dla mnie wyzwaniem.
~~~
Eve i Nika:*
CZYTASZ
Find Happiness
RomansMłoda kobieta z ogromną ilością problemów na głowie, nie wie już, co ma zrobić ze swoim życiem. Długi nie pozwalają jej normalnie funkcjonować, dorywcze prace za bardzo nie pomagają, wtedy jej przyjaciel wpada na genialny pomysł, który wszystko zmie...
