124

23 2 0
                                        

Jackson myślał, że już po nim. Smętnie włóczył się po korytarzach bez celu, po tym, jak wściekła Jasmine wygoniła go z ich kwatery, zarzucając mu, że jest wścibską, kłamliwą szują. Same oszczerstwa. Wcale nie jest kłamliwy. To ona nie radzi sobie z przyznaniem, że zabujała się w tym niebieskowłosym przystojniaku. Westchnął ciężko, przeklinając swojego pecha w życiu towarzyskim, aż nagle nastała ciemność, coś mocno go ścisnęło, a zapasy tlenu mocno się uszczupliły. A co najgorsze, zorientował się po chwili, że aż za dobrze zna ten zapach.
- Leo..?! - wymamrotał w koszulkę napastnika, nie wiedząc, czy jest zły, że Roberts bez pozwolenia go przytulał, przestraszony, bo co do cholery robi tutaj Roberts, czy szczęśliwy, że Roberts go przytula.
- Cholera, Jackson, tak się o ciebie martwiłem! - odezwał się wzruszony punk, mocno trzymając czarnowłosego w objęciach, i próbował nie roześmiać się przez jego myśli. Puścił w końcu drugiego chłopaka, gdy ten zaczął się niemrawo wyrywać, mamrocząc coś o rychłym uduszeniu, i nadal trzymając go za ramiona, przyjrzał mu się uważnie. - Wyglądasz... lepiej - przyznał zdziwiony, na co Jackson z niedowierzaniem uniósł brew. - Niewola najwyraźniej ci służy - dodał Leo, naprawdę pod wrażeniem tego, że ciemne wory pod oczami, znak firmowy Jacksona, wyraźnie się zmniejszyły. Wcześniej szczerze wątpił, czy to w ogóle możliwe. I nawet nie wyglądał już na takiego wychudzonego. Ani chorobliwie bladego. - Komu musiałeś wleźć w dupę?
- O co ci, kurwa, chodzi? - wycedził gniewnie Wright, odtrącając ręce zielonookiego.
- Ja śpię na kanapie - odparł, drapiąc się niezręcznie po karku. - Nawet koca nie dostałem - dodał cierpko, po czym przez kamerę pokazał Sasakiemu środkowy palec. Wątpił, by ten przekaz dotarł do odbiorcy, ale i tak odrobinę mu ulżyło.
- Dobrze ci tak - mruknął pod nosem czarnowłosy, w duchu odrobinę zadowolony z tego, że przynajmniej tutaj traktują go lepiej niż Robertsa. - Twój przydupas też tu jest? - spytał, przypominając sobie o istnieniu tego dziwaka.
- Nie... Ale jest bezpieczny - powiedział punk, na co Jackson równocześnie poczuł ulgę i rozczarowanie. Ulgę, że nie ma tutaj Oliego, i rozczarowanie, że jest bezpieczny.
- A ty co tutaj robisz? - zmrużył podejrzliwie oczy, zastanawiając się przez moment, czy przypadkiem zielonooki nie trafił tutaj z tego samego powodu, co on. - Chyba nie na... eksperymenty? Przecież już... - ugryzł się w język w odpowiednim momencie, domyślając się, że nie powinien głośno mówić o tym, że Leo ma zdolność. Ściany na pewno mają uszy w całym budynku. Roberts spochmurniał nieco, co nie umknęło uwadze niebieskookiego.
- Naprawdę zrobili z ciebie... no wiesz? - spytał, już nie takim beztroskim tonem, przez co Jackson zamrugał zdumiony. Spojrzał potem mimowolnie na swoje dłonie i przygryzł na chwilę wargę, mając mieszane uczucia.
- Tak - potwierdził, i sam trochę zdziwił się tym, z jaką lekkością to powiedział. Bycie uzdolnionym wcale nie było takie złe, z jego punktu widzenia. Może i nowa moc czasami parzyła jego ciało, ale ten stosunkowo krótki czas, jaki spędził w siedzibie, był chyba... najmniej okropnym w jego życiu. Miał dach nad głową, własny, czysty pokój i nawet wygodne, ciepłe łóżko. Nie musiał kombinować z szukaniem jedzenia, co więcej na stołówce mógł dostać go tyle, że czasami czuł się przejedzony. I było to tak błogie uczucie, że za pierwszym razem aż się rozpłakał. Tutaj nie musiał się niczym przejmować, ani pieniędzmi, ani okropnym ojcem, ani długami, których sobie narobił. Jak na niestabilną emocjonalnie dziewczynę Jasmine była nawet w porządku, a reszta uzdolnionych, których tu napotkał, nie patrzyła na niego jak na ludzkiego śmiecia.
- Tak mi przykro... - odezwał się gorzko Leo, zaciskając dłonie w pięści z bezsilności. Niejednokrotnie doświadczył, jak taka moc może uprzykrzyć życie.
- A mnie nie - uciął temat, mimowolnie naciągając rękaw bluzy, by bardziej ukryć bandaż na ręce po ostatnim treningu. - Szukasz kogoś czy tylko blokujesz korytarz? - rzucił cierpko, niekontrolowanie wracając do bycia nieprzyjemnym wobec drugiego chłopaka. Tak naprawdę nie chciał być dla niego wredny, ale inaczej chyba po prostu... nie potrafił.
- Właściwie to szukałem ciebie - odparł Roberts, odsuwając się nieco od niebieskookiego, chcąc nie chcąc, zawsze doskonale wiedział, kiedy nie był mile widziany. Ale mimo wszystko wyczuwał od Jacksona też coś więcej poza niechęcią i rozczarowaniem, co bolało chyba nawet bardziej. W głębi serca czarnowłosy nie pogodził się jeszcze z ich rozstaniem i częściowo nadal...
- I pewnie przy okazji się zgubiłeś i teraz nie masz za chuja pojęcia, gdzie jesteś, mam rację? - wymamrotał sfrustrowanym tonem Wright, odwracając się na pięcie i machnięciem dłoni nakazując, by za nim poszedł. - Gdzie jest ta twoja zasrana kwatera?

UzdolnieniOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz