Nasze własne niebo

496 21 8
                                        

NARRATOR: Scorpius Malfoy

.

.

.


Jesteś jak ptak, który nie wiedział, że umie latać.


#


Dosiadam miotły i podnoszę wzrok.

Przez chwilę przyglądasz mi się niepewnie, a potem powtarzasz moje ruchy. Mam przelotne wrażenie, że po raz kolejny spytasz, czy to na pewno dobry pomysł. Odpowiedziałbym tak samo jak przy ostatnich siedemnastu razach; ale chyba już się nauczyłeś, bo kiwasz głową. To znak, że jest w porządku.

Bez słowa odbijam się od ziemi, nie zbyt mocno: tyle, by swobodnie się wznieść.

Zerkam na ciebie, zawisnąwszy parę stóp nad ziemią. Zieleń twoich bystrych oczu chowa się pod twoimi powiekami, gdy je mrużysz (korzystnie, że niebo to dziś puchata, szara kołderka). Znajomy grymas zniechęcenia rozkwita na twojej twarzy.

— Dawaj, Al! Nie ma się czego bać. Po prostu się odbij i nie puszczaj miotły.

Przewracasz oczami. Wbrew sytuacji, chichoczę pod nosem; twoje "jakbym w ogóle miał zamiar cokolwiek puszczać" nie potrzebuje werbalizacji.

Wzrok mam na całej twojej postaci; tylko przez chwilę zamiera na twoich dłoniach, niemal białych, bo ściskasz trzon, jakby miał moc, by ochronić cię przed całym złem świata.

Jestem przy tobie, gdy wreszcie opuszczasz twardy grunt. Asystuję ci swoją obecnością, licząc, że to działa.

Wierzę w ciebie, mimo że sam w siebie nie wierzysz. Ale tym razem, Al, ja tutaj nie wystarczę.

Wiem, że o tym wiesz.

Zawisasz w powietrzu; jesteśmy z dwie stopy nad ziemią.

Uśmiecham się, ale nie widzisz tego; usilnie wbijasz wzrok w odległy punkt na boisku.

— Dobra, a teraz spróbuj się rozluźnić. To ma być frajda, nie tortura.

Na chwilę zdejmujesz wzrok z ziemi, i gdy przenosisz go na mnie, wiem, że miałbyś niewielkie opory przed miotnięciem we mnie jakimś wymyślnym urokiem.

Szlag, szczęście, że trochę jednak dla ciebie znaczę.

— Wyobraź sobie, że nie każdy musi kochać udawanie ptaka. I notka na marginesie: staram się.

To ostatnie dostarczasz przez zaciśnięte zęby, i choć ci wierzę, nie mogę się powstrzymać:

— Ale źle to robisz. Wiesz w ogóle, co to znaczy "rozluźnić się"?

Znów posyłasz ku mnie pioruny.

— Dobra, dobra, żartowałem. Działaj jak umiesz — uspokajam cię lekkim głosem, a gdy wyraźnie odpuszczasz napięcie, daję ci znać: — Dobrze ci idzie.

Wypuszczasz głęboki wdech, który daje początek seryjce równych oddechów. Obserwuję, jak się skupiasz. Twoje włosy nie są zbyt długie, ale tańczą niesfornie na okazjonalnych podmuchach wiatru. Śledzę wzrokiem pojedyncze kosmyki. Część siedzi przytulnie za kołnierzem twojego zielonego swetra.

— No dobra. Co teraz?

Spotykam twoje oczy, gdy patrzysz na mnie wyczekująco. Twój głos jest spokojny i miękki, zupełnie jak każde twoje "dobranoc" nim zasnę.

ScorbusOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz