Korki z transmutacji 2/6

47 2 0
                                        

Przez kolejne tygodnie życie Albusa ciągnęło się bezbarwnie. Nic nowego, nic godnego artykułu w Proroku Codziennym, tygodniku Czarownica, ani listów do babci. Rzeczy wracały do swojej stonowanej palety, po tym jak Malfoy postanowił wrócić do swojego formalnego, schludnego usposobienia. Szarobłękitny. Jak jego oczy. (Al czasem zwracał uwagę na detale. Czasem jego mózg zwracał ją za niego i wtedy Al miał pytania). Nastoletnia nienawiść kwitła w wewnętrznych krajobrazach Albusa bujnie jak po deszczu.

Tyle że jak gdyby w nieco innym odcieniu. Jakby płatki przesiąkały nową krwią. Płynącą głębiej. Bliżej serca.

Al czuł za dużo serca, a zarazem jakby jego żebra były pustym workiem na śmieci. Utożsamiał się z dziecięcą miotłą odrzuconą w kąt. Jakby ktoś się nim pobawił. Albo jak dzieciak który złapał się na cukierki i zamiast tego dostał psikusa w formie kąpieli w zimnej wodzie z węża ogrodowego, gdy zapukał do drzwi ochoczo bo obiecano mu przyjęcie urodzinowe.

A chciał tylko kawałek tortu.

Uczucia są dziwne.

- Najwyższy czas żebyś kogoś znalazł, wiesz? - Imogen oznajmiła uroczyście, gdy siedzieli sobie leniwie na sofie, leniwego czwartkowego wieczora, oglądając jak Emil i Jeremy grają w szachy. Popijając piwo kremowe.

- Ta, jakiegoś dobrego terapeutę... - Al mruknął do pianki z piwa pod swoim nosem.

- Co? Nie... - Jej głos rozpłynął się jak przyprawa w zupie. Al był trochę głodny. Zjadł kolację całą godzinę temu. - A w sumie może. Ale chodzi mi o chłopaka. Wiesz, kogoś do zabujania się i bycia szczęśliwym.

Al kontemplował swoje piwo. Było gorzkie.

Chciałby by życie było słodkie. Jak perspektywa Imogen. Powinno pożyczyć od niej mózg.

...Ta, piwinno pożyczyć od niej mózg. Sensu już i tak nie ma; mogłoby przynajmniej dodać cukru.

- Może. Gdyby tylko.

- No, grasz w Quidditcha.

Al spojrzał na nią z oczekiwaniem.

Odpowiedziała znaczącym spojrzeniem. Jak nauczyciel który wyjaśnia coś bardzo oczywistego.

- A po Quidditchu idziesz dokąd?

Do szatni.

Al zmarszczył czoło.

- Mówiłem ci że to tak nie działa. Merlinie - wziął haust piwa. Znajdując komfort w mocnym smaku i pienistej kłującości kochającej się pikantnie z jego językiem. Było takie krzepkie.

Jak płynna wersja ciała którego chciałby przy swoim. Hm.

- To po co grasz w Quidditcha?

- Bo jest zajebisty? - obrzucił ją niedowierzającym spojrzeniem. - Powinnaś spróbować, wiesz.

- Nie pochwalam brutalnego sposobu traktowania trawy na boisku. Więc dziękuję ale nie.

- Dziwaczka - Al mruknął półgębkiem. Obrażanie ludzi którzy nie podzielali jego pasji do ganiania na miotle za piłkami było jak cukierek: nie wnosiło niczego wartościowego do jego życia ale Al nie potrafił sobie odmówić.

- Proszę, Ally, zachowuj się stosownie do swojego wieku.

- Zrobione: piję sobie piwko, oglądam jak twój brat gra o kasę, i prowadzę konserwacje o randkowaniu. Czego jeszcze chcesz? - kuksnął ją w bok.

- Żebyś kogoś w końcu przeruchał - odparła rzeczowo.

- Imogen Leonoro, wyrażaj się. Bo naskarżę mamusi.

ScorbusOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz