Skąd i którędy?

506 35 0
                                        

NARRATOR: Albus Potter

.

.

.


Kiedy wydawało mi się, że go znam, przestawał być obecny. Odtrącał moją dłoń, unikając wzroku. Zastanawiało mnie, dlaczego. Nie zawsze taki był. Gdyby mi ufał, powiedziałby. To olśnienie mnie przeraziło, bo przecież powinien, powinien mi ufać. Więc o co chodziło?

Chciałem wiedzieć.

***

Odruchowo spojrzałem na zegarek. Wpół do jedenastej. Był dzień jak co dzień; lekcje, a potem gdzieś znikał. Dziś nie inaczej. Ostatni raz widziałem go tuż po eliksirach. I ciągle nie wracał. Podnosiłem głowę znad książek, gdy tylko słyszałem skrzypienie drzwi. Kilka razy zawiązała się i rozwiązała krótka rozmowa; ale wciąż nie z nim.

Nawet nie zauważyłem, kiedy moje dłonie zrobiły się zimne. Gdzie on się podziewa?

Drzwi otworzyły się po raz kolejny. Serce zabiło mi szybciej, ale tylko przez moment, bo znów nie zobaczyłem jego.

Z głębokim westchnięciem wstałem, odrzucając książkę, pióro i pergamin. Nie wytrzymam.

Gdy wchodziłem po schodach i niemal biegłem przez korytarze, okazjonalnie mijając innych uczniów i ciągle nie widząc charakterystycznej bladozłotej plamy, próbowałem być spokojny, ale moje ciało wiedziało lepiej.

Wkrótce wpadło mi do głowy, żeby zajrzeć na boisko do Quidditcha. Coś mnie ścisnęło, gdy tam też go nie było. A potem o mało nie rozpłakałem się z ulgi, gdy znalazłem go w szatni.

- Scorpius!

Siedział, skubany, na ławce; szata Szukającego leżała na nim zbyt dobrze. Miałem ochotę trzasnąć się w twarz. Solidnie.

Nawet nie podniósł głowy, gdy jego imię zadźwięczało w pustym pomieszczeniu. Nawet się nie wzdrygnął. A kiedy podszedłem, by opaść na ławkę, obok niego, odsunął się.

No to mnie zakłuło, oj, i to nieźle...

- Hej. - Wyciągnąłem ramię, ale szybko zrezygnowałem z gestu. - Czekałem na ciebie. Szukałem cię. Czemu nie wróciłeś? Wiesz, że powinniśmy być już w zamku?

- Nie kazałem ci wychodzić.

Jeśli jego zachowanie było niecodzienne, jego głos znakomicie to podkreślał; nawet nie wiem, jak go opisać. Brzmiał tak... nie jak on. Zupełnie nie jak on.

Milion myśli prześlizgnęło mi się przez głowę, zostawiając w niej okrutny chaos.

Pochyliłem się, by złapać obraz jego twarzy. Zawsze uwielbiałem gapić się na jego profil, ale tym razem jego piękno było jakby rozmyte.

- Daj spokój.

Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, gdy nuta pogardy zagrała w jego tonie: jak fałszywa melodia w znanej piosence- bo nie pamiętałem, by jej kiedykolwiek używał.

Przygryzłem wargę.

Chciał być sam. Potrzeba tak prosta, ale z jakiegoś powodu jej nie rozumiałem. Czułem się jak komputer, który dostał nieznane polecenie.

Ta cała sytuacja była dla mnie jednym wielkim błędem.

Gdzieś leżał problem i któraś droga prowadziła do rozwiązania. Szkoda tylko, że nikt mnie nie nauczył, jak się z tym wszystkim obchodzić...

- Jeśli coś się stało, powiedziałbyś mi?

I to było jedyne, co mi wtedy przyszło do głowy? Merlinie... Cóż, chciałem być szczery, a szczerze to ja byłem na śmierć i życie do Scorpiusa przywiązany, więc w geście troski po prostu zapytałem.

Mijały sekundy i było cicho. Zacząłem się mimowolnie zastanawiać, czy myśli nad odpowiedzią, czy też może w ogóle się jej nie doczekam.

Usłyszałem, jak przełyka ślinę. Robił to tak głośno tylko wtedy, kiedy...

- Pewne rzeczy się zmieniają i... czasem lepiej po prostu nie wiedzieć.

Jeśli zamierzał mnie tym zbyć, nie postarał się.

- Dobra, nie myśl sobie, że jestem nachalny, ale nie myśl też, że cię tak zostawię. - Pomimo gęstej atmosfery, przysunąłem się do niego; prawie się uśmiechnąłem, gdy się nie odsunął. - Jakkolwiek cliche to brzmi, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i-

W porę ugryzłem się w język; wypadałoby to inaczej powiedzieć...

- Po prostu martwię się o ciebie. - Pozwoliłem łagodnemu oburzeniu ozdobić to zdanie, żeby dotarł do niego sens.

I chyba dotarł, bo w końcu się wyprostował, opierając plecami o ścianę. Patrzyłem na jego twarz, marszcząc brwi. Z przerażeniem stwierdziłem, że przypominał teraz Krwawego Barona: obraz wręcz oszałamiał zimną szarością, podkrążonymi oczami i tak bardzo nie-jego aurą.

- Nie pytaj. - Uprzedził mnie; z uporem wlepiał wzrok w podłogę, ale zdawał się wiedzieć, co przelatywało mi w tamtym momencie przez głowę. - To nic. Po prostu dramatyzuję.

Jakbym miał w to uwierzyć...

- Scor, znam cię nie od dziś i owszem, czasem faktycznie przesadzasz, ale - parsknąłem ponuro, kręcąc głową - chyba nie myślisz, że to mnie uspokoi?

Objąłem go ramieniem w pasie- niepewnie, bo nagle wydało mi się, jakbym obcował z kimś, kogo ledwie znam. Poczułem, jak jego mięśnie się napinają; przygryzł wargę i zacisnął powieki.

Coś było bardzo źle.

- Czemu? - niemal wyszeptał, a brzmiał tak, jakby coś ściskało mu gardło.

Przez dziwnie długą chwilę patrzyłem na niego w szczerym zdziwieniu; i aż bolało, że nie dał mi spotkać swoich szarych oczu. Nawet mokre od łez były piękne; choć zrobiłbym wszystko, by nigdy więcej nic go w ten sposób nie dotknęło.

- Bo jesteś dla mnie najważniejszy - odparłem prosto. Co tu było więcej do powiedzenia? Wydawało mi się, że te kilka słów mieściło w sobie wystarczająco wiele znaczenia, by zrozumiał, by sobie przypomniał.

Nie wiedziałem, czy miałem rację, czy nie, ale gdy się do mnie obrócił i pozwolił przytulić- tak jak kiedyś- mogłem mieć nadzieję, że mój dawny przyjaciel wróci.

ScorbusOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz