CIENIE: W objęcia nieznanego [1]

542 32 1
                                        

NARRATOR: Albus Potter

.

.

.


Ciepło... miękko... Mmm, przyjemnie...

Gdyby tylko nie ten hałas...

- ...tego brakowało; jakby nie mieli już dość, ci chuligani!

Czy to... McGonagall?

- Pani profesor, naprawdę, nie było tam nikogo. Nie wiem, co się stało, ale na pewno nikt go nie pobił.

Scorpius. Ten głos rozpoznałbym wszędzie. On tu jest.

Tu... Czyli gdzie?

- Coś nowego?

Trzeci głos. Też brzmi znajomo...

- Na razie nic. Ciągle śpi.

Znów McGonagall.

- Śpi? Więc wkrótce się obudzi?

A, to chyba Theo... Co on tu robi?...

Co ja tu robię?

- Hmm... Najprawdopodobniej.

Mam ochotę zatkać sobie uszy; wszystko jest takie głośne...

- Oh! Pani profesor...

Szlag; mogłem nie podnosić tej ręki.

- Cóż znowu- Och, no, najwyższa pora!

- Mmmh... Nie tak... Nie tak głośno... - Próbuję użyć głosu, ale coś nie działa jak trzeba. Drapie i łaskocze mnie w gardle; zaczynam kasłać i do oczu napływają mi łzy. Przez chwilę słyszę szmer, potem ktoś podnosi mnie do pozycji siedzącej, a w następnej chwili coś zimnego dotyka moich ust. Z pewnym wysiłkiem otwieram oczy.

Szklanka wody.

Biała pościel i łóżko.

I więcej łóżek.

Skrzydło szpitalne.

Rozglądam się krótko: parę metrów ode mnie stoi dyrektorka, nieco dalej Theo, jak zwykle z rękami w kieszeniach szaty, a obok mnie... No tak, Scorpius. Pomaga mi nie opaść z powrotem na poduszki i przytrzymuje szklankę z wodą, bym mógł pić.

- Poradzę sobie - chrypię, podnosząc prawą dłoń, by chwycić szklankę trzęsącymi się palcami; jego dłoń jest ciepła i podtrzymuje moją.

Mija kilka cichych sekund, gdy przyjemnie chłodny płyn obmywa moje gardło; mam wrażenie, że wszyscy wstrzymują oddech, obserwując mnie i czekając. Nie lubię tej atmosfery, jest zbyt... gęsto i duszno; czuję się jak pod ostrzałem.

- Dziękuję. - Oddaję teraz w połowie pustą szklankę Scorpiusowi i opadam w ciepłe objęcia miękkiej pościeli, pozwalając wciąż ciężkim powiekom zasłonić mi obraz.

- Jak się czujesz? - Pyta ostrożnie, z cichutkim stuknięciem odstawiając szklankę na szafkę obok mojego łóżka.

- Śpiąco - szepczę, jakby odpowiedź była zarezerwowana tylko dla niego. - Ale poza tym dobrze. Co się stało? - rzucam pytanie w przestrzeń, ciekaw, kto odpowie.

- Tu jest właśnie problem, panie Potter: nie wiadomo. - Słyszę, jak McGonagall podchodzi do krawędzi łóżka i niemal czując na sobie jej zawsze badawczy wzrok, mam wrażenie, jakbym sam brał udział w domniemanym spisku, przez który leżę teraz w skrzydle szpitalnym, ledwo utrzymując się w stanie trzeźwości. - Wszystko co wiemy, to to, że zemdlał pan na korytarzu siódmego piętra; jednak przyczyny omdlenia ustalić się nam nie udało. Nie ma żadnych śladów magii, żadnych fizycznych obrażeń, a ogólny stan pana zdrowia jest na tyle zadowalający, że mogę śmiało stwierdzić: nie mamy pojęcia, co mogło wywołać utratę przytomności.

Wzdycham głęboko, rad, że otwarte okna umożliwiają dopływ świeżego powietrza; wtedy było mi tak duszno...

- Al, a ty... nie pamiętasz, co się stało? - Zdziwiony głos Theo dobiega do mnie jakby z oddali i skupiam się, by nie odpłynąć, bo sen woła mnie, a łóżko mu wtóruje, otulając moje ciało ciepłymi ramionami.

- Nie bardzo... Nie wiem, pamiętam, że wracałem z lekcji, a potem... potem obudziłem się tu. I tyle.

Po tej informacji nastaje dziwna cisza; niemal słyszę ich oddechy; ale nie chce mi się otworzyć oczu i zobaczyć, co dokładnie się dzieje.

- Czy mogę zasnąć? - Czuję, że i tak nie dam rady pozostać dłużej na jawie, mimo że od ostatniego odpoczynku dzieli mnie dopiero kilka minut.

W dalszym ciągu nikt się nie odzywa; a potem słyszę odgłos kroków i jak zawsze pewny głos dyrektorki:

- Naturalnie. Najwyraźniej sen to jedyny lek, którego pana organizm w tej chwili potrzebuje. Niech pan odpoczywa, panie Potter.

- Zdrowiej, Al.

Wiem, że McGonagall i Theo opuszczają skrzydło szpitalne, ale gdy postanawiam uchylić jeszcze na chwilę powieki, Scorpius wciąż siedzi na krzesełku obok mojego łóżka. Jego szare oczy lustrują mnie i znajome ciepło rozlewa się po moim ciele, gdy w nie spoglądam. Uśmiecha się. Ja też.

- Nie idziesz? - pytam, już ledwo balansując na krawędzi snu.

Kręci głową.

- Będę cię pilnować. - Szczerzy się, a jego oczy błyszczą. - Zresztą, jest weekend; nigdzie mi się nie spieszy.

Chcę go spytać, czy bez tego też by ze mną został, ale nie zdążam, bo już opadam w ramiona sennej nicości.


***


Gdy budzę się następnego ranka, czuję się normalnie, a kilka godzin później zostaję wypuszczony ze szpitala.

Przez cały ten czas Scorpius nie odstępuje mnie ani na krok (prawie) i nie żebym narzekał, jednak gdy przez resztę dnia obstaje przy towarzyszeniu mi non-stop, zaczynam się niecierpliwić.

- Scor, poważnie, nie potrzebuję patrona - wzdycham, gdy ponownie asystuje mi w drodze do łazienki.

- Normalnie nie. - Stwierdza rzeczowo. - Ale skąd możesz wiedzieć, czy znów nie stracisz przytomności? Co jeśli upadniesz i uderzysz się w głowę? Albo zemdlejesz na schodach? Możesz sobie zrobić poważną krzywdę, Al, lepiej dmuchać na zimne.

- To nonsens. - Kręcę głową, lekko rozbawiony, choć wzrusza mnie troska Scorpiusa. - Powtarzam ci po raz... nie wiem który, nieważne: czuję się dobrze. Ok? Do-brze. Nic mnie nie boli, nie mam żadnych zawrotów, nudności ani niczego innego.

Scorpius przygląda mi się przez chwilę, marszcząc brwi tak, jak zawsze robi, gdy się nad czymś zastanawia.

- Dobra, do końca tego dnia, a potem przestanę - oznajmia kategorycznym tonem, po czym dodaje, akcentując zdanie uniesionym palcem: - Jeśli wszystko będzie w porządku.

Wzdycham teatralnie, dając znać, że się poddaję, ale po chwili się śmieję.

- Nie da się inaczej, huh?

Kręci głową, robiąc tę jego uroczą zaciętą minę.


_____________________________________________


Nowa seria one-shotów. Albo raczej nie one-shotów, tylko takie małe opowiadanko. Tamtą poprzednią (której końca sobie nie wyznaczyłem, więc może coś do niej jeszcze dopiszę) oznaczałem cyframi rzymskimi (I, II, III, IV, itd.), tą będę oznaczać cyframi arabskimi (1, 2, 3, itd.) (a jak zdarzy się jeszcze jakaś seria, to wymyślę coś innego).

Nie jestem specjalnie ambitny ani uzdolniony w pisaniu, jeśli idzie o fabułę, więc jeśli już coś sobie planuję, to raczej na luzie. Aczkolwiek tutaj mam... pewien pomysł i choć nie jest jakiś wow czy coś, to może wyjdzie w miarę przyzwoicie jak na jego niezbyt wysoki poziom.

Dobra, na razie to tyle. Jeśli macie jakąś opinię na temat tego, hmm... rozdziału, będzie mi niewyrażalnie miło ją poznać (nawet jeśli będzie negatywna- w końcu i taka to zawsze coś).

ScorbusOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz