UWAGA: one-shot zawiera treści seksualne w stosunku ok. 2/3 do całości. Jak zwykle, wszystko jest dość głupawe i lekkie, bo dokładnie takie ma być.
.
.
.
NARRATOR: Albus Potter
.
.
.
Bycie miłym i kochanym promotorem samoakceptacji miewa bolesne konsekwencje. Scorpius przekonał się o tym na własnej skórze. Dosłownie.
.
.
.
— Słońce, weź cho no, co? Potrzebuję pomocy tu i teraz! — ogłaszam, wystarczająco głośno by usłyszał mnie którąkolwiek część naszego domu aktualnie okupuje.
W ułamku sekundy wpiorunowuje do łazienki. Przeteleportował się czy jak?
— Cosięstało? — Jego oczy tańczą breakdance po mojej sylwetce. — Wciąż jesteś w jednym kawałku, prawda?
Heh, cały Scorpius.
— W jednym smutnym kawałku. Dawaj różdżkę. Patrz na me lico. Zapodawaj urodowe czary-mary. Ładnie proszę.
Mruga na mnie jak świeżo urodzony kurczaczek.
— No nie patrz tak, Scor, pomóż potrzebującemu!
— Potrzebującemu?
— Czy w tym twoim słonecznym serduszku nie ma empatii dla zakompleksionych? Ech, pozwól że wyleczę cię ze znieczulicy. — Odchrząkam teatralnie. — Wyobraź sobie, że twoje ciało to twój najgorszy wróg. Każdego dnia walczysz z nim usilnie, próbujesz pociągnąć je wyżej ku swojej perfekcji. A ono stale cię zawodzi. Jest głównym powodem twojego czarnego samopoczucia. Masz ochotę zabić je, poharatać, wykopać na śmietnik. Wyobrażasz sobie swoje niematerialne ja tańczące szyderczo nad swoim grobem – bo oto uwolniłeś się ze swojego największego więzienia.
Wolność! krzyczysz. Tylko po to, by w następnym momencie powrócić do surowego realu i zdać sobie sprawę... że nigdy tej wolności nie zaznasz. Że to kompletna ułuda. Piękna bańka mydlana, która pękła w obliczu przytłaczającego, bezlitosnego realu.
— Łodafuk. Al, nie zapomniałeś mi powiedzieć, że w jakiś magiczny sposób mogę cię zaciążyć, prawda?
Szczęście, że nie mam akurat niczego w drodze do przełyku, bo by się najpewniej zgubiło. Zamiast tego, krztuszę się resztkami powietrza.
— Co ci chodzi po głowie, Scor! — obruszam się, odrobinkę dotknięty, jakkolwiek niechętnie dopuszczam to do wiadomości.
— A co chodzi tobie! To martwiące. — Nie potrzeba słów, jego mina mówi sama za siebie. — Nie miałem pojęcia, że masz takie poważne problemy!
— Co? Eh, nie! — Wymachuję dłonią nieporozumienie. — Tamto było na pokaz. Moje problemy są znacznie mniejszego kalibru. Całe szczęście. — Przewracam oczami.
— Merlinie! Nie rób mi tego, Al! — Oj, chyba go wkurzyłem. — ...Na pewno? — wtem łagodnieje komicznie.
— Tak, Scor. Na pewno i Hogwart i ukraińskiego spiżobrzucha. Wielkie, tęgie pewno.
Wierci się o framugę.
Huh. Założył mój stary sweter.
— To mój sweter cię tak lubi, czy ty jego? — Mierzę go sekretnie aprobującym wzrokiem.
CZYTASZ
Scorbus
FanfictionDostępny również na AO3 (użytkownik: Wyrdmazer). Nikt nie zna miłości bardziej przenikliwej, niż miłość tych dwóch. Nie dostali wraz z nią gwarancji telepatii, lecz zsynchronizowali się jeszcze zanim poznali imię drugiego. Świat nie rozumie ich, oni...
