ROZDZIAŁ 103.

243 28 14
                                        

 — Dwa miliony subskrypcji na kanale QueQuality, czyli robimy imprezę firmową. — powiedział zadowolony Krzychu padając na fotel w mieszkaniu Kuby. — Zrobimy jeszcze lepszą imprezę niż ostatnio! — czerwonowłosy był wyraźnie zaaferowany wizją szalonego imprezowania. 
 — To idźcie i się bawcie, Kamil przecież wszystko załatwi. — powiedział Kuba. 
 — No dobra, dobra, to pójdę z nim pomagać, mam kilka fajnych pomysłów, które zawsze chciałem zorganizować, jak na przykład laski wijące się w wielkich kielichach szampana. 
— Stary, to impreza QueQuality nie Playboya, czy PornHuba. — powiedział Que kręcąc z niedowierzaniem głową. 
 — Ty to umiesz zabijać nadzieję. — prychnął pod nosem Kondracki, a jego telefon zawibrował, otworzył szybko wiadomość nadesłaną od Marcina. " Level 27 Club & Bar Aleje Jerozolimskie 123A | Plac Zawiszy, Warszawa 02-017, Polska , nazwa i adres klubu, gdzie pracuje Lolka, sala zarezerwowana na weekend." Krzychu uśmiechnął się cwano pod nosem i podszedł do kuby. — Załatwiłem rezerwację w Level 27. 
 — Nie za drogo? — spytał Quebo spoglądając na kumpla. 
 — Powiedział ten, którego nie stać. — postukał się w czoło patrząc na przyjaciela. — Będzie fajnie, a w ten weekend nikt nie ma koncertów, więc to idealna pora. Zrobimy jakiś konkurs dla fanów, znów pośpiewamy całą ferajną na jednej scenie. No weź... Nie daj się prosić. 
 — Dobrze, niech ci będzie, ale daj mi już spokój. 
 — Ciesze się, że ten koncert przywrócił cię do żywych. — powiedział po chwili Krzychu spoglądając na Kubę. 
 — Do bycia żywym, to mi jeszcze daleko... — powiedział i wziął kota na kolana. Głaskał miękkie futerko kociaka i wracał myślami do chwili, kiedy go podarował Loli. Jej uśmiech i wesoła twarz, była warta wszystkich pieniędzy świata. Nagle go oświeciło. — Kondracki, a to nie bar, gdzie pracuje Lolka? — chłopaka wręcz sparaliżowało. 
 — Nie wiem, skąd mam wiedzieć to ty ją stalkujesz, a nie ja. — odpowiedział szybko, a Kuba na szczęście nie powrócił do tematu. 

— Umieram... — powiedziała niebieskowłosa, rzucając się na kanapę. 
 — Aż tak źle dzisiaj? — spytał Marcin zerkając na dziewczynę. 
 — Masakra, jakaś impreza zamknięta, ale dostałam informację, że następna będzie w weekend, ale się cieszę. 
 — Czekaj, to narzekasz na imprezy zamknięte, czy się cieszysz? Nie nadążam za tobą. — powiedział chłopak lustrując ją wzrokiem. 
 — Ogólnie to jest masakra, szczególnie, że będzie open bar, ale ja się ciesze, bo mam wolny weekend. — powiedziała wyrzucają ręce do góry w geście zwycięstwa. 
 —Może to jakaś fajna impreza, która cię ominie... — powiedział spoglądając na nią, a w myślach przeklinał
 — O proszę, a myślałem, że pracujesz w ten weekend. 
 — Nie słuchałeś mnie, miałam mieć dzisiaj wolne, ale Wojtek się zamienił ze mną, bo z dzieciaczkiem musiał iść do lekarza, a jutro rano, ten mały przystojniak będzie u nas w pracy, bo jego żona nie zdąży wrócić do domu, więc jakąś godzinę posiedzi w barze. 
 — Znajdź ty sobie chłopa, bo ci się instynkty wyostrzają, masz oczy jak kot ze Shreka, kiedy mówisz o dzieciach. 
 — Bo możliwe, że nie jest mi to dane, więc co mam zrobić, cieszę się z tego co mam tak? 
 — Oj wariatko, wariatko. — powiedział z uśmiechem i poczochrał jej włosy. 
 — Jak w kancelarii? — zapytała z szerokim uśmiechem. 
 — Nudno, nie było dzisiaj jakiś pasjonujących przypadków. — zaśmiał się ciepło. 
 — To dobrze i niedobrze, idę się położyć, padam na twarz. — dziewczyna poklepała chłopaka po ramieniu i poszła do swojej sypialni, rzucając się na łóżko. Marcin upewnił się, że drzwi są zamknięte i wyszedł na balkon, zadzwonił do klubu, gdzie podstępem zdobył listę pracowników. Usiadł do komputera i szukał, czy ktokolwiek miał jakieś zatarcia z prawem. 

Lola wstała następnego dnia i udała się w południe do swojej pracy. Kiedy mijała salon fryzjerski, czuła ścisk w gardle. Jego spojrzenie, tak pełne bólu i zatroskania... Westchnęła pod nosem i zapiekły ją oczy, jednak szybko przełknęła łzy. Wysiadła i udała się do klubu, poszła do pokoju socjalnego, gdzie zostawiła swoje rzeczy i ubrała swój strój służbowy. Wsadziła do kieszeni spodni telefon i paczkę fajek, po czym wyszła na salę. Było cicho i spokojnie, ale jak zawsze była to cisza przed burzą. 
 — Wojtek... — przytuliła chłopaka na powitanie. — Gdzie masz małego kawalera? 
 — Tam stoi! — wskazał na okna, gdzie stał roczny chłopczyk i z radością dotykał szyby. 
 — Chodź tu do ciotki. — Lolka podeszła do chłopca i połaskotała go, na co chłopczyk wybuchnął śmiechem.  — Czemu nie możesz być dorosły, przystojny, nierobiący pod siebie i bogaty, ciotka chłopa szuka. — smyrnęła palcem po jego nosie, a chłopczyk zaczął łapać za jej włosy. — Czy każdego faceta kręci szarpanie za włosy? — zaśmiała się ciepło i posmyrała kosmykiem włosów małego. 
 — Mnie na pewno. — usłyszała za swoimi plecami, a włos jej się zjeżył. Do tego poczuła gęsią skórkę na rękach. 
 — Co ty tu robisz? 
 — Podpisuje umowę wynajęcia sali. — odpowiedział Kuba i spojrzał na dzieciaka, to na dziewczynę. — Pasuje ci dziecko. 
 — Jak chcesz mi dopierdalać, to idź sobie... — powiedziała najbardziej chłodnym głosem, jaki była z siebie w stanie wydobyć. 
 — To nie był atak, nie odbieraj tak tego...
 — Kto wie, lubisz atakować bezbronne osoby. 
 — Teraz to ty mi plujesz jadem prosto w twarz. 
 — Bo żmija ze mnie. — odpowiedziała szybko i wzięła chłopca na ręce. — Przepraszam, praca wzywa. 
 — Znowu uciekasz, kurwa, jak dzieciak. — powiedział zaciskając dłoń w pięść. 
— Słyszałeś skarbie, mamy dużo wspólnego. Czyli powinieneś się dobrze bawić z ciotką. — powiedziała do dziecka, a Que zmierzył ją wzrokiem. Miał tak cholernie mieszane uczucia. Miał ochotę szarpać ją za włosy i brać ją tu i teraz, a z drugiej strony, marzył by ją rozszarpać, za te głupie teksty. Odpuścił. Wsunął okulary na nos, a po chwili wyszedł do niego właściciel baru. Obgadali szczegóły imprezy, koszty i określili ilość gości. Kuba zapłacił zaliczkę i podpisał umowę. Pożegnali się uściskiem dłoni, jednak Que dalej siedział przy stoliku i obserwował dziewczynę, która, by rozbawić dzieciaczka, rzucała cytrynami i żonglowała nimi. Gorycz jednak wzięła górę, uderzył pięścią w stół i opuścił lokal.

ATRAMENTOWE NOCE II Quebonafide FanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz