ROZDZIAŁ 118.

237 24 4
                                        

 — Możecie iść na śniadanie? — zapytał Kuba, kiedy wstał Kondracki i wyrwał się z objęć Lolki. 
 — Jesteś pewien, może dla bezpieczeństwa ktoś powinien zostać? — Kondracki zmierzył przyjaciela wzrokiem. 
 — Krzysiek, nie zaczynaj, może te groupies ze wczoraj czekają w restauracji, idź zobacz... 
 — Nie musisz pluć jadem, powinieneś mi dziękować... — Krzychu mijając przyjaciela uderzył go z bara. 
 — Dziękować za co? 
 — Za to, że po raz kolejny przyjmuję twoją zapłakaną dziewczynę. — w pokoju zapanowała cisza. — Naucz się o nią dbać, albo ją zostaw w spokoju, nie zasługuje, by płakać przez ciebie... — powiedział i zmierzył Grabowskiego wzrokiem. 
 — Wyjdź...
 — Sam wyjdź, to nasz pokój... — powiedział złośliwie i poszedł do toalety. Ich przekomarzanie się, obudziło dziewczynę, jednak z racji tego, że spała w stronę ściany, nie przyznawała się do tego. Leżała bez ruchu. 
 — Przyznaj się w końcu, że nie jest ci obojętna, więc nie możesz sobie znaleźć kogoś po Olce... 
 — Chyba sobie żartujesz, wybacz nie sprawię byś się poczuł, że twoja dziewczyna jest rozrywana i pożądana... Jest piękna, ma wspaniały charakter, okej... Ale na litość boską, jest z tobą... Jednak zdaje mi się, że nie długo. Kiedyś pęknie i zostanie po niej tylko zapach Herrery w pokoju. 
 — Skąd wiesz, jakich używa perfum? — spojrzał na niego mrużąc oczy. 
 — Bo jestem jej przyjacielem... — powiedział do Kuby z głosem przesyconym jadem. 
 — Coś was łączy? 
 — Teraz to sobie ubzdurałeś... — parsknął śmiechem. — Twoja zazdrość i głupie podejrzenia sprawią, że zostaniesz sam. Skoro ja już ledwo z tobą wytrzymuję, to co dopiero to biedactwo. — powiedział i zmierzył go wzrokiem, znikł w końcu w toalecie.
 — Jak możesz go posądzać o takie świństwa, a przy okazji mnie? — powiedziała dziewczyna. 
 — Lolka, to nie tak... — powiedział szybko. 
 — A jak? Chciałam się pogodzić, a ty co? Insynuujesz, że pieprzę się z twoim najlepszym przyjacielem? — spojrzała na niego. — Wiedz, że nie dałam nikomu innemu niż tobie od czasu tych wydarzeń w Londynie. — powiedziała do niego i usiadła na łóżku, zaczęła ubierać spodnie. 
 — Lolka, to nie tak, sprawdzam go, bo wczoraj rzucił się w objęcia groupies. Nie mam nic złego na myśli, ale wiem, że jak chce to potrafi być czarujący i owinąć sobie panny wokół palca. Proszę, pogadaj ze mną. — powiedział skruszonym tonem. 
 — W naszym pokoju. — powiedziała tylko mijając go i weszła do pokoju, gdzie dziewczyny siedziały na łóżku i gadały. 
 — O proszę są nasze gołąbki. — Paula zaśmiała się ciepło. 
 — Tak, dacie nam chwile, skoczcie sobie na śniadanie do restauracji i każcie wszystko doliczyć do rachunku Grabowskiego. 
 — Dobra. — dziewczyny wymieniły się buziakami w policzek i wyszły. Niebieskowłosa podeszła do swojej torebki i wyciągnęła z niej telefon i paczkę papierosów, po czym wyszła na balkon i odpaliła szluga. 
 — Przepraszam za tego ochroniarza, odwołam go, jeśli chcesz. Martwiłem się o twoje bezpieczeństwo po tym porwaniu, a nie chciałem cię wiązać przy sobie i łazić wszędzie z tobą, by mieć pewność, że nic ci nie grozi...
 — Okej, przecież tylko od kilku miesięcy odchodzę od zmysłów, że uroiłam sobie, że ktoś mnie śledzi. 
 — Miał być dyskretny. 
 — Był, do tej pory nie wiem, jak wygląda. — powiedziała szybko. 
 — Nie chcę się kłócić, dopiero co cię odzyskałem. 
 — I już wjeżdżasz na tor prowadzący do zerwania, a twój pociąg lada moment może się wykoleić. — powiedziała z premedytacją. Chłopak ukucnął przy niej i wziął jej dłoń, pocałował ją i spojrzał w jej oczy. 
 — Wiesz czego najbardziej nienawidzę? 
 — Czego? — spytał nie bardzo wiedząc, do czego pije dziewczyna. 
 — Tego, że jestem od ciebie uzależniona, tego, że nie umiem bez ciebie normalnie funkcjonować. To z jednej strony jest piękne, a z drugiej przerażające. — spojrzała mu prosto w te zielone oczy. 
 — To miłość... 
 — Błagam cię, nie wyjeżdżaj mi teraz z miłością. Nikt z nas nie wie, czym to ustrojstwo jest. — powiedziała szybko i pokręciła na boki. 
 — Wybaczysz mi to? — zapytał. 
 —  Wybaczę, a jakie mam wyjście, ale pilnuj się, okej? — powiedziała a chłopak wtulił głowę w jej uda, kiedy uklęknął przed nią. 
 — Dziękuję... — powiedział cicho.
 — Ale obiecaj, że nigdy, przenigdy nie posądzisz Krzycha o takie coś. 
 — Obiecuje. 
 — No i masz go przeprosić. 
 — Muszę? — zajęczał niezbyt zadowolony. 
 — Grabowski... 
 — No dobra, już idę. Dostanę buziaka? — zapytał dość niepewnie. Pokręciła głowa na boki, jednak ostatecznie wpiła się w jego usta. 
 — Idę na śniadanie. — powiedziała i praktycznie zrzuciła go z siebie. Poszła do łazienki, gdzie wzięła szybki prysznic, zrobiła makijaż i założyła sukienkę. Pomimo, że była już praktycznie jesień, na dworze można było spotkać jeszcze ostatnie tchnienia lata. 

 — Fiu fiu, ale się wystroiłaś... — powiedziała jej matka. 
 — Normalnie wyglądam. 
 — Widzę, że Kuba dobrze na ciebie działa... Gdzie się podziała ta zbuntowana pannica, która sukienkom mówiła stanowcze nie? 
 — Jest tutaj cały czas, jednak jak chcesz najechać facetowi na ambicję to wejdziesz i w worek po ziemniakach, jeśli wiesz, że to na niego działa. — powiedziała lekko poddenerwowana tekstami swojej matki.  Kuba z Krzychem weszli na salę jako ostatni, roześmiani i wygłupiający się. Pogodzili się i było to od razu czuć w powietrzu. Lola mimowolnie przygryzła wargę, widząc roześmianego narzeczonego. Takiego lubiła go najbardziej, wesołego i beztroskiego. Kuba podszedł do niej i nachylił się nad nią. Złapał za jej podbródek i wpił się namiętnie w jej usta. Spojrzał w te brązowe oczy z wdzięcznością, ciesząc się, że mu wybaczyła. 
 — Dobra po śniadaniu idziemy jeszcze chwilę połazić i zbieramy się do Lolki na ognisko. 
 — Co?! — spytała z lekka zdezorientowana. Marzyła tylko, by znaleźć się już w Warszawie i zostać sam na sam z narzeczonym, jednak zdawało się, że nie było jej to dane. 
 — Tak, zaprosiłam wszystkich do nas, chyba nie masz nic przeciwko. — powiedziała jej matka. 
 — Nie no co ty, po prostu ta informacja do mnie, jakoś dziwnie nie dotarła. 
 — To my się też wpraszamy. — powiedziały dziewczyny z szerokimi uśmiechami. 
 — Dobra im więcej ludzi tym weselej. Mój braciszek tez będzie? 
 — Tak mówił, że dzisiaj ma wolne. — dodała jej matka, a dziewczyna pokiwała głową. 
 — No to impreza trwa dalej. — zaśmiała się pod nosem.

ATRAMENTOWE NOCE II Quebonafide FanfictionOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz