140

155 22 1
                                        

Kolejne spotkania z psychologiem dawały mi coraz większy obraz na aktualny stan Naruto. Już nie tylko wiedziałem czego jest w stanie dokonać. Dowiedziałem się o wszystkim, co zdążył sobie zrobić. Nie byłem w stanie wsłuchiwać się we wszystko na raz. Mimo że kobieta zdawkowo podawała mi informację, ciągle miałem wrażenie, że to jest stanowczo za dużo. Za każdym razem podczas spotkania, na jego początku i końcu, poświęcała czas na mnie. By dopytać o to, co ja w tym wszystkim czuję. Jakie emocje się we mnie przez to kotłują. I mówiłem. Choć czułem, że po tych informacjach coś wewnątrz mnie się zatyka, mówiłem. Bo rzeczywiście czułem po tym jakąś ulgę, wypowiedzenie tego realnie dawało mi spokój.

Gorszym momentem było dla mnie przekazanie tych wiadomości reszcie. Nie chciałem zostawiać tego wszystkiego dla siebie. Zwłaszcza, że wiedziałem, iż oni również zasługują na to, by usłyszeć w jakim stanie znajduje się Naruto. I widać było jak to nimi wstrząsało. Czasem jednak właśnie z tego powodu nie chciałem im niczego mówić. Nic nie było dobrymi wieściami. Chociaż były pozytywne elementy już wprowadzanych terapii, to jednak całość, mimo minimalnej poprawy, nie wyglądała dla nas dobrze.

Sam przytłoczony tymi informacjami zdawałem się lekko izolować od wszystkiego. Po zajęciach szkolnych i w dni wolne albo siedziałem ile się da w pracy, by zająć czymś głowę i mięśnie, albo bezczynnie siedziałem w mieszkaniu na kanapie, mając w rękach jego poduszkę. Nie licząc wręcz obowiązkowych rozmów z przyjaciółmi, nigdzie się nie wybierałem. Nie czułem potrzeby; sił również na to wiele nie miałem. Natomiast były osoby, które nie pozwalały mi siedzieć samemu w mieszkaniu. Co prawda nigdzie mnie nie wyciągano, jednak mama, Itachi, Deidara oraz Izumi wręcz nagminnie u mnie przesiadywali. Pojedynczo lub w parach.

Słysząc dzwonek do drzwi, automatycznie się do nich skierowałem. Nie wiedziałem kto z nich do mnie dziś przyszedł. Nie wiedziałem czy będzie to milczące czy rozmowne spotkanie. Nie miało to dla mnie większego znaczenia. Znaczenie miało to, że nie chcą, bym został sam. I byłem im wdzięczny. Bardzo wdzięczny. Nie wyglądając nawet przez wizjer, otworzyłem drzwi.

Przez chwilę wpatrywałem się w mężczyznę przede mną, czując w sobie specjalnie tłumione zdziwienie. Mężczyzna też się we mnie wpatrywał, tym już doskonale mi znanym spojrzeniem. Nie czekając na nic, zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem. Nie zdążyłem nawet puścić klamki, gdy poczułem jak mój „gość" łapie ją z drugiej strony, chcąc otworzyć drzwi. Zdziwienie zniknęło, na jego miejsce przyszła delikatna złość. Z rozmachem otworzyłem drzwi i wręcz warknąłem na mężczyznę.

– Czego ode mnie chcesz?

Zamiast odpowiedzi dostałem od niego dziwnego rodzaju spojrzenie. Wciąż widziałem w nim frustrację, ale coś wydawało się innego. Nie wiedziałem co, lecz to jak obserwował mnie od stóp do głów zaczynało mnie irytować. Chciałem znów z siłą powtórzyć swoje pytanie, jednak mój aktualny stan sprawił, że zabrzmiało to obojętniej, bez żadnej nuty zdenerwowania.

– Czego chcesz?

– Matka, kazała cię zaprosić na kolację. – Oświadczył beznamiętnie, po czym z naganą dopytał. – Może wpuściłbyś ojca do środka?

– Nie. – Zmarszczyłem brwi, czując jak mi się to coraz mniej podoba. – Jeśli chcesz wszczynać przez ten fakt kolejną awanturę, rób to sam. – Widząc jak już chce się odezwać, przerwałem mu. – Kiedy ta kolacja?

– W wigilię. Masz przyjść – oświadczył twardo.

Poczułem jak jedna brew mi drga na ton jego wypowiedzi. Irytacja się nasiliła. Chciałem mu odpowiedzieć na przekór jego „rozkazowi", lecz nikła myśl o tym, że przekaże to mamie mnie zablokowała. Dało mu to pole do kolejnej wypowiedzi.

Ponad problemWhere stories live. Discover now